Stanisław Wojciechowski

http://www.magazynmorski.com.pl/relacja.htm

ZAŚLUBINY POLSKI Z BAŁTYKIEM

Moje wspomnienia z owego okresu należą do najpromienniejszych w mym życiu, to też mocno utkwiły mi w pamięci.

I - szy Baon Morski, składający się z czterech kompanii piechoty morskiej i kompanii ciężkich karabinów maszynowych, został uformowany w Modlinie w pierwszej połowie 1919 roku.

Dowódcą Baonu był kapitan marynarki Konstanty Jacynicz. Ja znajdowałem się w 3 Plutonie, 1 Kompanii, której dowódcą był porucznik marynarki Michał Borowski.

Po przybyciu z Francji do kraju armii generała Jóżefa Hallera, otrzymaliśmy mundury amerykańskie i broń francuską . Musztra i przeszkolenie polowe prowadzono według regulaminu armii francuskiej .

Na początku lata 1919 roku, przerzucono nas barkami rzecznymi Wisłą z Modlina do Nieszawy.. Jesienią tegoż roku pomaszerowaliśmy do Aleksandrowa Kujawskiego i zajęliśmy odcinek graniczny, wzdłuż okopów i zasieków z drutu kolczastego, ciągnących się od Aleksandrowa do Wisły. Pomorze było wówczas jeszcze w rękach Niemców i na granicy wydarzały się stale drobne potyczki i wzajemna wymiana strzałów.

Dnia 17 stycznia 1929 roku, dostaliśmy rozkaz zajęcia Torunia . Poprzez drogi, a w ostatnim etapie na przełaj przez zaśnieżone pola, przybyliśmy jako pierwsi na przedmieścia Torunia - Podgórze, rano dnia 18 stycznia 1920 roku.

Gnębiona przez Niemców ludność Torunia i całego Pomorza żyła legendą, pochodzącą zapewne z czasów Krzyżackich. Mówiła ona, że na Pomorze wkroczą z południa wojska Świętej Jadwigi i wypędzą Niemców. Przeżywaliśmy szalony entuzjazm ludności.

Panował lekki mróz, lecz panny toruńskie i dziewczęta szkolne były w białych sukienkach i rozdawały nam toruńskie pierniki, gorące napoje i wódkę.

Tu na Podgórzu czekaliśmy spoceni, a później zmarznięci dwie godziny aż cała armia wkroczy do Torunia. Defilowaliśmy po przez ulice miasta. Na chodnikach tłoczyły się tysięczne rzesze toruńczyków. Wiwatowały, śmiały się i płakały z radości mówiąc : "Spełniła się przepowiednia - z południa wkroczyło do nas wojsko Świętej Jadwigi".

Około godziny 6 po południu pomaszerowaliśmy do przeznaczonych nam koszar na Pogórzu. Tutaj stojąc wypiłem menażkę gorącej zupy i nie zdejmując z siebie rynsztunku, rzuciłem się na łóżko. Zasnąłem natychmiast, snem człowieka niezmiernie strudzonego.

Entuzjazm był tak wielki, iż nobliwe matki pouczały swe córki: "Im niczego nie odmawiajcie, bo to przecież Wojsko Polskie". Na fali tego entuzjazmu popłynęło wielu moich kolegów w objęcia urodziwych i gościnnych Pomorzanek. Związki te najczęściej kończyły się szczęśliwymi małżeństwami, gdyż Pomorzanki okazały się dobrymi żonami i matkami oraz wielce troskliwymi gospodyniami..

W Toruniu kwaterowaliśmy kilka tygodni i w pierwszych dniach lutego 1920 roku ruszyliśmy na północ ku morzu . Polskie Koleje Państwowe, dostarczyły nam to co wówczas miały do dyspozycji, mianowicie wagony towarowe, lecz nie ogrzewane i kilka wagonów odkrytych. W tych wagonach nie ogrzewanych, przy temperaturze - 20 stopni C, ( -4 stopni F) wlekliśmy się do Pucka 3 dni. Kożuchy mieli tylko taboryci i kucharze gotujący strawę w kuchniach polowych na odkrytych wagonach. My byliśmy ubrani w płaszcze, mundury, kaptury szaliki i rękawiczki z dobrych wełnianych tkanin amerykańskich, znoszonych a czasami skrwawionych..

Pierwszy dzień podróży nie był najgorszy, na 4 postojach dostawaliśmy gorące potrawy i napoje. Nacieranie śniegiem rąk, twarzy i uszu oraz "zabijanie" rąk o boki, skoki i biegi przywracały ciału sprawność i utracone ciepło choćby na godzinę. Noc w wagonie trzeba było przeskakać lub przespacerować by nie zamarznąć.

Na drugi dzień, skostniałe ręce i nogi oraz zmęczenie ograniczały możliwości ruchu. Skóra każdego z nas była sina i chropowata, zęby stale dzwoniły , a sen chwytał ludzi nawet w ruchu. Gorąca zupa lub kawa nie parzyła rąk i ust ani silniej nagrzewała jelita, widomy znak, że mróz zaczął przenikać wewnątrz naszych organizmów.

Drugiej nocy , każdy z nas chciał spać za wszelką cenę i wówczas ludzka pomysłowość odkryła sposób na zimno, który pszczoły i mrówki stosują od prawieków.

Na podłodze wagonu ułożyliśmy kolisty stóg z własnych ciał głowami na zewnątrz. Kto był w środku było mu ciepło i spał bardzo dobrze, zimniej z jednej strony było tym na podłodze i na wierzchu, więc kto zmarzł gramolił się na wierzch, naciągał na siebie ciała śpiących kolegów i spał smacznie ze dwie godziny , aż znalazł się znów na zimnej podłodze, poczem powtarzał tę samą operację. Taki stóg ludzki był w ciągłym ruchu (mimo to, ludzie śpią, odpoczywają i jest im ciepło) podobnie jak rój pszczół, zimą co roku.

Rankiem trzeciego dnia podróży , znaleźliśmy się na granicy Wolnego Miasta Gdańska. Wojska angielskie zablokowały nam tory i nie puszczały naprzód. Chcemy iść z bronią w ręku, otworzyć drogę. Dowódcy mówią : "Czekać rozkazu". Rokowania z Anglikami trwały parę godzin.

Dla zabezpieczenia Gdańska Anglia wysłała wówczas kilka tysięcy piechoty i krążownik. Wówczas Polska była za słaba, by podjąć rozgrywkę zbrojną z Anglikami o Gdańsk.

Krótkowzroczna ówczesna polityka angielska pozbawiła Polskę jej naturalnego portu jakim był Gdańsk. Już w zaraniu bytu osłabiła Polskę, swego przyszłego sprzymierzeńca, wzmocniła Niemcy, przyszłego wroga w II Wojnie Światowej. Ironią losu jest to iż protegowane przez Anglię Wolne Miasto Gdańsk , stało się zarzewiem powodującym rozpętanie II wojny światowej, w której Anglia o mało nie padła zdruzgotana.

Czekając u progu Gdańska musieliśmy się zgodzić na warunki Anglików, zgodzili się oni nas przewieźć przez teren Wolnego Miasta , ale bez broni i bez prawa wysiadania. Broń nasza miała być przewieziona innym pociągiem w parę godzin później. Pojechaliśmy dalej aż do miejscowości Gdańsk Wrzeszcz i tu nowa zapora na torach, ale z ciał ludzkich. Ponad dwa tysiące Polaków Gdańskich, mężczyzn, kobiet i dzieci, mimo zimy ułożyło się na torach kolejowych krzycząc do nas : "Nie jedźcie do tej dziury, do Pucka, tu w Gdańsku jest wasz prastary , piękny port polski.". Dusza rzucała się by wysiadać, lecz nie mieliśmy broni; ostrożni Anglicy zmasowali swoje wojsko i pilnowali nas z bronią gotową do strzału.

Staliśmy we Wrzeszczu parę godzin, a na torach kolejowych działy się rozdzierające sceny, gdy Anglicy przemocą usuwali z nich ludność Polską z Gdańska.

Pod wieczór trzeciego dnia, zmęczeni i smutni, przybyliśmy do koszar Marynarki Wojennej w Pucku.

Tutaj zastaliśmy po Niemcach koszary wymrożone, rury od wody zamarzniętej popękane. Podobnie jak w Toruniu przeszukaliśmy piece, kuchnie, rury, kominy wyciągając z nich wiele granatów ręcznych.

Rury od wody zamarznięte, do miasta daleko, a tu szybko głodnym ludziom trzeba dać wieczerzę. Kucharze wyrąbali lód przy brzegu, nabrali wody morskiej i przygotowali posiłek. Zupa na głodne żołądki była możliwa do spożycia, kawa zupełnie do niczego.

Po okresie silnych mrozów , przyszła odwilż na Wybrzeżu. Zatoka była częściowo pokryta lodem, miejscami lód, miejscami woda, lecz przy brzegach pasem kilku metrów zalegał nieprzerwanie stały lód. Wypełniał on szczelnie małe zatoczki przybrzeżne.

Rankiem dnia 10 lutego 1920 roku, przyszedł rozkaz, że ja, to jest ówczesny bosman mat wraz z 3-cim plutonem 1- szej kompanii, I-go Baonu Morskiego, jesteśmy przydzieleni do sztabu generała Józefa Hallera i będziemy brać udział w uroczystościach "Zaślubin Polski z Morzem".

Dzień był posępny, chmurny, mżył przelotny deszcz. Zatoka Pucka była cicha i spokojna, niczym nie przypominała groźnego morza.

Na łąkach puckich, w pobliżu hangarów lotniczych i koszar Marynarki Wojennej, u wylotu ześlizgu wodnopłatowców do morza, w odległości 2 metrów od wody, pokrytej w tym miejscu lodem stał generał Józef Haller w otoczeniu wyższych oficerów sztabowych. Wszyscy na koniach. Po obydwu stronach ześlizgu wodnopłatowców stali w gęstej ciżbie rybacy Kaszubi, którzy ochotniczo zbierali się by wziąć udział w uroczystościach "Zaślubin".

Po lewej stronie sztabu stała grupa oficerów I Baonu Morskiego, 3 ci pluton, 1 kompanii Marynarki Wojennej. Z tyłu batalion piechoty, szwadron kawalerii i dalej na tyłach artyleria. Na prawym skrzydle liczna ludność miejscowa przybyła z Centralnej Polski na uroczystość "Zaślubin" oraz 4 kompanie I Baonu Morskiego.

Nie zamarznięta część Zatoki była w odległości 12 do 15 metrów od generała Hallera i na taką odległość winien on rzucić pierścień by sięgnął on wolnej od lodu wody i zatonął w niej.

Po prawej stronie sztabu był tor kolejowy zakończony na ślepo kopcem oporowym usypanym z ziemi. Niespodzianie dostałem rozkaz, bym wlazł na ten kopiec, podniesieniem ręki dał znak odległej baterii dział, by dała salwę w chwili, gdy generał Józef Haller, będzie wrzucał pierścień do morza.

Generał, trzymając złoty pierścień w dwóch palcach, wzniósł go wysoko ponad głowę i z rozmachem rzucił w morze. W tej chwili na mój znak, zagrzmiała salwa armatnia.

Pierścień zatoczył łuk spadł na płask i spoczął na lodzie. Po spełnieniu zadania zlazłem z kopca i zbliżyłem się do sztabu. Generał Haller był ubrany w płaszcz wojskowy podbity futrem, siedział na koniu i miał zbyt skrępowane ruchy by daleko rzucić pierścień. Nastąpiła konsternacja, nikt tego nie przewidział, że pierścień może spocząć na lodzie. Lód był za słaby by wejść na niego, podjąć pierścień i dalej wrzucić w morze wolne od lodu. Nie było przygotowanych długich drągów, którymi możnaby potłuc lód i zatopić pierścień, lance ułańskie były za krótkie.

Naraz nad sztabem powiał duch wielkiego kawalerzysty, hetmana polnego Stefana Czarnieckiego, który w roku 1657 szarżował poprzez cieśninę morską Mały Bełt na Szwedów zgrupowanych na Wyspie Alsen w Danii. Stojący na koniu, może trzydziestoośmioletni pułkownik, przystojny brunet, sparł konia ostrogami i ruszył na lód, łatwo pękający pod końskimi kopytami. Koń szedł z oporem, chrapiąc niespokojnie. Zgrupowani po bokach rybacy wołali : "Tu głębica, utonie pan pułkowniku !". Jeszcze dziś dźwięczy mi w uszach odpowiedź : "Pułkownik Skrzyński nie zginął na froncie to i w wodzie morskiej diabli go nie wezmą !"

Pułkownik Skrzyński skruszył lód, zatopił pierścień, zamoczył konia do połowy boków oraz cholewy od butów i dolną część płaszcza.

W ten sposób brawura polskiego kawalerzysty i kopyta polskiego rumaka pomogły do "Zaślubin Polski z Morzem". Był to dzień 10 lutego 1920 roku.

Widziałem w Polsce przed wojną obrazy malowane przez artystów - malarzy przedstawiające moment "Zaślubin Polski z Morzem". Przedstawiają one generała Józefa Hallera na koniu, stojącego w spienionym morzu i rzucającego pierścień.

Obrazy te miały na względzie efekt artystyczny, odbiegający jednak od rzeczywistości.

Nieżyjący już generał Józef Haller, wódz - patriota i wielki demokrata, ażeby ośmielić do siebie lud kaszubski, zszedł z piedestału wodza, chodził przeważnie pieszo, podpierając się gałęzią wyłamaną z drzewa. Z tą gałęzią i ludem kaszubskim nie rozstawał się w czasie parodniowego pobytu na Wybrzeżu. Bratał się z Kaszubami , obejmując ich często i całując. Codziennie Kaszubów miał przy swoim boku, zarówno w polu jak i przy stole. Kaszubi pamiętali iż do niemieckiego generała nie wolno było im się zbliżyć a tu polski generał brata się z nimi.

"Może on jest Kaszub" , myśleli niektórzy i mówili o nim : "Nasz generał". Pokochał lud kaszubski generała Józefa Hallera i ku jego wiecznej pamięci, nowe osiedle obok Wielkiej Wsi u nasady półwyspu Hel, nazwał Hallerowem.

Generał Józef Haller często mawiał do Kaszubów : " Wy, bracia Kaszubi znieśliście straszliwą niewolę niemiecką i zachowaliście ten skrawek Wybrzeża dla Polski. Teraz nie będziecie sami, obok Was stoi na straży zbrojne ramię Narodu Polskiego - Polska Marynarka Wojenna. Bałtyku nie opuścimy już nigdy".

Generał Józef Haller przekazał Polskiej Marynarce Wojennej swoją wspaniałą orkiestrę, uformowaną we Francji.

To słowa generała Józefa Hallera, świadomie lub nieświadomie umieścił poeta w Hymnie do morza.

 

Morze nasze morze,

Wiernie Ciebie będziem strzec,

Mamy rozkaz Cię utrzymać

Albo na dnie twoim lec

Albo na dnie , z honorem lec.

http://www.magazynmorski.com.pl/relacja.htm

(spisał z relacji utrwalonej na taśmie - M.Koszur)