[artykuł nieopublikowany]

Poznawanie Helu z Psem Morskim w tle.
Pamięci BEJA - naszego kochanego Psa Morskiego

Nasz Bej przyjechał do Helu jako taki wyrośnięty szczeniaczek i od razu miał problem. Tego dnia było piękne słońce, więc gdy doszliśmy na dużą plażę wszyscy skoczyli do morza. Fala tego dnia była dość silna - atakowała plażę od wschodu, więc nasz mały biegał wzdłuż linii przyboju, rozpaczliwie szczekając na Wielką Wodę, która widział po raz pierwszy. Spienione fale, huk morza, krzyki rozradowanych ludzi - to musiało być bardzo przerażające dla małego pieska , który dotychczas widział głównie nasze mieszkanie - spokojne i zaciszne...

Ale kiedy jego ukochana Pani stojąca po pas w wodzie zawołała go po imieniu - niespodzianie zebrał się na odwagę i po raz pierwszy rzucił się szaleńczo we wzburzona wodę, by znaleźć się w Jej objęciach.  Skoczyliśmy mu wszyscy na pomoc, bojąc się, że się przytopi - ale ku naszemu zdumieniu płynął, jakby to robił zawsze, płynął jak mała motoróweczka! Błyskawicznie dopłynął do swojej Pańci ........ i mimo jej obrony, usiłując się wspiąć w jej objęcia solidnie podrapał jej biust....

Taki był jego morski chrzest i odtąd nigdy się już morza nie bał. Bez względu na pogodę rzucał się w morskie fale i pływał tak długo, aż słysząc jego charczenie z wysiłku wyciągaliśmy go niemal siłą na piaseczek, gdzie potem leżał godzinami w cieniu pod parasolem. Nie było takiej ilości patyczków, których by nie chciał przynosić z morza, niezależnie jak daleko staraliśmy się rzucać. Kiedyś, przy sporej fali, stracił z oczu rzucony patyk, rozglądał się chwilę...  po czym jak torpeda ruszył do przodu! Po niewczasie zorientowałem się, że uznał za rzucony przedmiot rybacką tyczkę oznaczającą sieci nieopodal plaży. Dopiero nasze przeraźliwe krzyki i rozpaczliwy bieg za nim uświadomiły mu, że cos jest nie tak, i że jego państwo nie życzą sobie, żeby wypływał na pełne morze...

Każdy wyjazd nad morze był dla niego atrakcją i radością, a jakimś psim zmysłem zawsze wiedział, dokąd jedziemy. Pakowanie było strasznym stresem, bo zawsze bał się, że go nie zabierzemy i tuptał wśród bagaży, piszczał, jęczał - aż do momentu, gdy znalazł się w aucie , gdzie natychmiast zapadał w spokojny, zasłużony sen. W bliskości morza opuszczaliśmy szyby samochodu i wtedy ku naszej radości zrywał się nawet z głębokiego snu i tak radośnie i głęboko wciągał nosem morskie powietrze, że pękaliśmy ze śmiechu. To powitanie Beja z zapachem morza stało się to stałą tradycją naszych podróży. Innym psim zwyczajem - gdy już zaczęliśmy jeździć do swojego domu - było radosne tarzanie się na jego własnym trawniku - gdy tylko otworzyłem drzwi auta.

Bej wielokrotnie pływał także w zimie, wśród lodowatych fal skacząc z zalodzonego brzegu. Nie było tak wielkiego mrozu, żeby go od wody odstręczyć,  ale za to potem był problem dla nas jak go wytrzeć i osuszyć, żeby się nie zaziębił... W końcu musieliśmy go w zimie prowadzić po plaży na smyczy żeby nie skakał do wody, bo spacer z mokrym i dygocącym psem musieliśmy za prędko kończyć.

Kiedy po raz pierwszy, jeszcze jako szczeniak wrócił z nami do domu mokry i dygoczący z zimna choć było lato, nie wiedzieliśmy jak go rozgrzać - dygotał mimo wytarcia go i owinięcia w ręcznik. A może by tak koniaczku na rozgrzewkę? No ale jak psa namówić na koniak...  Z głupia frant nalałem mu łyżkę koniaku na miseczkę... Bej powąchał, po czym starannie wylizał, odprężył się i zasnął spokojnie pod kocykiem. Oczywiście zbudził się zdrów i wesoły, gotów na każdą dalszą psotę...

Taki maluszek, zabaweczka, chodził bez smyczy - zwłaszcza, ze mieszkaliśmy wtedy w położonym na rozległych łąkach pensjonacie. Spokojnie spacerujemy, łąka przepięknie kwitnie, ptaki śpiewają, nasze maleństwo chwilami niknie wśród nie skoszonej trawy....  Idylla! Gdzieś w oddali pokazał się jakiś obcy piesek wzbudzając wielkie zainteresowanie naszego malca. I naraz nasz czworonóg stwierdził, ze tego psa dogoni i ruszył dosłownie "z kopyta" pod górę łąką, w kierunku widniejącego na wzgórzu lasu...

Nie pomagały nasze rozpaczliwe krzyki - Bej pędził coraz dalej. Rzuciłem siatki z zakupami i popędziłem za nim. W życiu tak nie pędziłem, wyobrażając sobie już to najgorsze - że on się nam zagubi, ze dobiegnie do szosy i cos go przejedzie... Pędziłem ile sił w płucach, ale jednak zostawałem w tyle - co cztery łapki, choć krótkie, to nie dwie! Wbiegliśmy do lasu i już straciłem go z oczu. Pełny determinacji pędziłem dalej, przez jakieś rowy, płoty....  Wbiegłem na jakiś camping na szczycie wzgórza i tu w końcu szczęście mi dopisało. Obcy piesek był szybszy od naszego szczeniaczka i ten straciwszy ślad rozglądał się niezdecydowanie. Dopadłem go i razem z nim padłem na ziemię. Gdy w końcu doszedłem do siebie, wysapałem się i wydyszałem, gdy nasz malec odebrał ostrą burę za nieposłuszeństwo i ucieczkę, wyszedłem z lasu na naszą łąkę niosąc winowajcę w objęciach i uspokoiłem moją Panią, która pełna niepokoju została z dzieckiem i zakupami bez żadnej wieści, co się z nami dzieje.

Od tej pory Bej rzadziej korzystał ze spacerów bez smyczy, chyba, że wokół była tylko pusta plaża lub las..

Odkrywaliśmy razem Hel, jego zakamarki o okolice. U wrót Helu witał nas wartownik salutując i podnosząc szlaban. Ten wartownik i ten salut - to był dla nas symbol powrotu do domu, spokoju i stabilizacji. Wspominam to z sentymentem, brak mi tego i zawsze twierdziłem, że Helanie też tego szlabanu będą żałować.

Pierwszego dnia pobytu w Helu wywołałem szok u jakiegoś napotkanego koło domu Rybaka pana, pytając, jak dojść do centrum! Potem już sam wielokrotnie na takie i na dziwniejsze jeszcze pytania turystów odpowiadałem. (Najbardziej podoba mi się pytanie zadane mi na dworcu przez wysiadającą właśnie Panią:  „a dokąd dalej jedzie ten pociąg?”)

W czasie długich i spokojnych spacerów plażą Bej pokazał nam, co lubi najbardziej. On, który jadł dosłownie wszystko, ale na spacerze nie podniósł z ziemi nawet psich chrupek – taki hrabia! – napotkawszy jakąkolwiek zdechła rybkę pożerał ją bez względu na nasze protesty. To było po prostu silniejsze od niego. Kiedy mieszkaliśmy na Kolonii Rybackiej, Bej coraz bardziej śmierdział rybami i ciągle przychodził z jakichś chaszczy oblizując się, z podejrzanie zatłuszczonym futerkiem na pysku. Podejrzewaliśmy nawet Bogu ducha winnych sąsiadów, że nam przez płot wrzucają popsute ryby – no, bo skąd wciąż są nowe? W końcu sprawa się wyjaśniła – na wysokim drzewie nad posesją siadały ptaki z rybami w dziobie i widocznie nasz najwierniejszy przyjaciel opowiadał im znaną bajkę o kruku i serze – bo z wrażenia upuszczały niedojedzone ryby prosto do jego włochatych stóp.

Innego roku, gdy mieszkaliśmy w wynajętym, czyściutkim pokoiku, w czasie spaceru zapomnianymi zakamarkami helskich uliczek na zapleczu Riwiery, Bej skoczył nagle do przodu poczym rzucił się w dziwnych podrygach na ziemię łapami do góry. Wytarzał się w zdechłej, dawno zdechłej rybie!!!!. Smród był porażający – mimo późnej pory dnia, po nieudanej próbie zabicia zapachu perfumami musieliśmy wyprawić się nad morze i śmierdziuszka solidnie wykąpać. Raz siedząc sobie na Wiejskiej w gorący letni dzień, obserwowaliśmy małego kudłatego pieska , który znalazł sobie wielką tłustą skórę z wędzonej ryby i na zmianę tarzał się w niej, po czym po obwąchaniu zabierał się do jej przeżuwania, po czym bez pośpiechu zaczynał te zajęcia od początku.

Największym przysmakiem dla Beja był świeży śledź, którego chrupał warcząc z rozkoszy -  razem z głową i ogonem. Raz w porcie obserwowaliśmy powrót rybaka małą wiosłową łódką pełną węgorzyc. Rybak wybierał drobnicę i wyrzucał za burtę, a my z niezwykle zainteresowanym psem patrzyliśmy na to z góry. Na naszą nieśmiała propozycję rzucenia choćby jednej rybki na molo – rybak po pewnych oporach zgodził się, chyba tylko, dlatego żeby nam pokazać, że pies takiej ryby nie ruszy. Chrup-chrup – i było po rybie! Rybak zaczął rzucać na molo jakieś niesamowite ilości węgorzyc, Bej rozkraczył się nad kopczykiem ryb jak krowa i chrupał coraz szybciej ten dar niebios, a naokoło zgromadził się tłumek turystów fotografujących pasącego się Psa Morskiego.

Rybak tak się rozochocił tym widowiskiem, że musieliśmy prosić, żeby przestał dorzucać dalsze ryby, a i tak musieliśmy Bejowi sporo rybek zapakować, na następny dzień.

Naszą ulubioną wizytą były odwiedziny u Balbina , któremu czasami wyraźnie dokuczała nuda. Siedział sam w maleńkim baseniku i widać było że daje popisy zwinności specjalnie dla turystów. Wyglądał ze swojego baseniku czy ktoś nie nadchodzi, widać było jak oczekiwał wizyt. Balbin bardzo interesował się naszym Bejem wyraźnie zapraszając „tę fokę z długimi nogami” do zabawy. Jednak Bej, opryskany kiedyś wodą przy jakimś susie Balbina zaczął się go tak bać, ze nie było sposobu, żeby podszedł ponownie do baseniku. Balbin wyglądał i zachęcająco pojękiwał, turyści fotografowali na zmianę fokę i psa, a Bej zapierał się wszystkimi nogami żeby tylko nie zbliżyć się za bardzo do poszczekującego, czarnego potwora. To też ciekawostka - nasz Pies Morski, dzielny pływak i rybojad – okropnie boi się opryskiwania wodą!

Zawsze, kiedy szliśmy w stronę morza, na granicy wydm Bej rzucał się nagle na wyprężonej smyczy i przeraźliwie szczekając ciągnął nas tak długo, aż zanurzył się w falach. Do wody skakał bardzo oryginalnie – po kolosalnym wybiciu się podwijał wszystkie cztery łapy płasko pod siebie i tak, jako ciężka kluska walił w wodę, natychmiast płynąc dalej.

Na długich spacerach plażą był stworzeniem całkowicie ziemio-wodnym, poruszając się z niespożytą energią granicą wody i lądu. Bardzo prędko nauczył się, że ptaki mają skrzydła i gonienie ich mija się z celem. Szedł z nami kilometrami plaży, spał, gdy odpoczywaliśmy. Kiedyś postawiliśmy sobie za cel dojść po raz pierwszy do znanej nam z opowiadań góry Szwedów. Szliśmy i szliśmy wypatrując jej za każdym zakrętem brzegu. Zdawało nam się, ze dochodzimy już chyba do Jastarni, że to niemożliwe, że może przegapiliśmy. Nagle – w końcu! ukazała się kratownicowa wieża. Widok spod jej podnóża na nieustannie żyjące morze, na okalające ją spokojne, rozpalone słońcem wzgórza wynagrodził nam wszystko. Bezkresne morze, pusta plaża, na horyzoncie statki i jachty i tylko my i pilnujący nas, zadowolony z siebie Pies Morski. Byliśmy tam jeszcze dziesiątki razy i zawsze jest tak pięknie, tak spokojnie…Jedyne, co deprymuje, to postępująca ruina stalowej latarni i ciągłe zamachy ludzi na jej istnienie.

Helski las – schodziliśmy go wzdłuż i wszerz – jeszcze wtedy ciągle wewnątrz kolczastych ogrodzeń wojskowych, jeszcze ze strachem (głownie o Beja) włażąc w różne zakazane miejsca… Kiedyś w zapomnianym zakątku znaleźliśmy jakieś maleńkie opuszczone bunkry i zaczęliśmy ze śmiechem rozważać, że może tu są schowani od wojny jacyś żołnierze, że zza krzaka wyjedzie Rudy z Szarikem i załogą… Moja Pani stała właśnie na kopule takiego bunkierka, kiedy nagle rozległ się tak przeraźliwy i zaskakujący metaliczny brzęk, że ja zerwałem się na równe nogi, a Ona zeskoczyła jednym susem na ziemię. Jak już oprzytomnieliśmy rzecz okazała się bardzo prozaiczna - w torebce mojej Pani była schowana – bezużyteczna jak myśleliśmy w Helu – moja pierwsza komórka, która nagle w przypływie elektronicznych tajemnic natury niespodziewanie połączyła nas ze znajomymi.

Całe dni spędzaliśmy błądząc po lesie, zbierając grzyby i jagody, Bej odnalazł tam prawdziwe źródełko gdzie zawsze lubił się potaplać – węsząc z zainteresowaniem świeże ślady dzików.

Dopiero po kilku latach pobytu zaczęliśmy odkrywać helskie militaria. Zawsze wiedzieliśmy, że tu są, zawsze nas do nich ciągnęło, ale brak informacji, płoty i posterunki hamowały nasze zapędy. Ciekawe, że dość późno "odkryliśmy" ogromne przecież i położone tuż przy drodze na plażę przedwojenne stanowiska dwu armat 75mm. Bej z wielkim zainteresowaniem usiłował wejść tam w każdą dziurę, tak że z troski o całość jego łap znów ograniczaliśmy jego wolność w czasie zwiedzania. Potem było odkrywanie baterii Laskowskiego - najpierw pół-legalne, z dreszczykiem niepokoju, czy nas stąd nie wyrzucą, potem już bardziej rutynowe, oglądanie i porównywanie szczegółów z wieloma naszymi znajomymi. Intrygowała mnie nieustannie ta tajemnicza, największa helska - poniemiecka, gigantyczna bateria 406mm Schleswig-Holstein. Tu po raz pierwszy wybrałem się bez Beja - było za daleko i teren dla mnie całkowicie nieznany. Po pewnych błądzeniach znalazłem w końcu stanowisko armaty. Zwiedzałem go całkiem sam, nieco przestraszony samotnością i przytłoczony jej ogromem. Potem już było łatwiej - bez kłopotu znalazłem wieżę kierowania ogniem, choć tak wspaniale ukrytą w lesie i przeszedłem jej wszystkie pomieszczenia. Gdy już wychodziłem spotkałem grupę młodzieży licealnej - która z podziwem i zaskoczeniem oglądała wieżę. Zorientowałem się, że nie maja w ogóle pojęcia, co to jest, a oni przyjęli mój narzucony sobie wykład z takim zaciekawieniem, że zaprosiłem ich na zwiedzanie świeżo odkrytego przeze mnie stanowiska artyleryjskiego. W rozmowie dowiedziałem się, że całe życie mieszkają w Helu i że tu nigdy nie byli i nic o tym kolosie wcześniej nie wiedzieli. Rozumiem, że szkoła nie ma tego "w programie", ale zaskoczyły mnie dzieci które nie znają każdej dziury w okolicy domu.

Co do programu helskiej szkoły - pytał mnie niedawno znajomy - dla wnuczki z helskiej szkoły - "z jakiego materiału jest zrobiony pomnik Chopina w Warszawie"!!! Takich właśnie bzdurnych informacji uczy i wymaga szkoła....

W Helu po spacerach lubimy wstąpić na zimne piwko. Warunkiem było – czy właściciele wpuszcza nas z psem. Tak powstała nasza wieloletnia zażyłość z „Tawerną u Maćka”, a potem z „Armadą” - co trwa do dziś.

A teraz niedawno, naszych znajomych wyproszono – i to poza sezonem! – z pizzerii sąsiadującej z plebanią, bo chcieli wejść ze śliczną, czystą i zadbaną suczką Husky. Jaki kontrast z właścicielem „Kapitana Morgana”, który kiedyś zaprosił nas z Bejem mimo zapełnionego pubu – i wszyscy byli zadowoleni – a Bej spał spokojnie i bezkonfliktowo pod stołem.

Kiedyś byliśmy większą grupą „u Maćka” na dłuższym obiedzie z pogaduszkami. Płaciliśmy i wychodziliśmy grupami i wszyscy ruszyliśmy w stronę portu. Nagle – słyszymy wołanie – pędzi za nami kelnerka wołając:  „czy państwo czegoś nie zapomnieli?”  Zrobiło nam się głupio - czyżby ktoś nie zapłacił? A tu za kelnerką leci sam właściciel lokalu trzymając na smyczy naszego Beja!  Okazało się, że Bej wyspał się pod stołem a potem cicho, cichuteńko poszedł na żebry do całkiem obcych ludzi siedzących w drugim końcu sali. Ja wyszedłem z pierwszą grupą gości, moja Pani z drugą – i oboje myśleliśmy, że Bejem zaopiekowało się to drugie!

W sezonie zawsze był problem z chodzeniem bulwarem nad Zatoką – Bej doskonale wiedział, że za falochronem jest woda i mimo jego sporej wysokości skakał na niego, chcąc dostać się na plażę. Wyobrażam sobie, jak takie 35 kilo rozpędzonego psiska skacze znienacka, w tumanie piachu, miedzy dzieci, mamy i kocyki…. Dlatego Bej chodził tu z konieczności na krótkiej smyczy i tylko wieczorami pozwalaliśmy mu na efektowne skoki zakończone kąpielą. Niestety to przyzwyczajenie skończyło się dla niego bardzo smutno – na polu bitwy pod Grunwaldem znienacka dal susa przez maleńki, niepozorny murek i spadł o piętro niżej na bruk. Myślimy, że oczekiwał tam morza… Na szczęście przeżył ten skok, ale rehabilitacje trwała bardzo długo i do dziś ma ciągle problemy z przednimi łapkami, na które spadł.

Jego największym chyba wyczynem wspinaczkowym była wizyta na tarasie widokowym wieży muzeum – gdzie został uroczyście i osobiście zaproszony. Wejść – wszedł, ale cały czas obawialiśmy się, jak zejdzie z końcowego, bardzo stromego trapu. No i jego Pani stanęła na dole, a on zbiegł do niej, jak na skrzydłach, bardzo z siebie zadowolony.

Minęły te czasy – potem największą radością, jeśli tylko jego ukochana Pani była w pobliżu, było wylegiwanie się na własnym trawniku, albo spanie pod stołem w gospodzie. Takie było życie Psa Morskiego!

 

Władysław Szarski

[© Władysław Szarski] (publikacja wstrzymana)