Letni Festiwal Muzyki Kameralnej
w Helu

[2001 - 2008]

Honorowy patronat:
Pani prezydentowa R.P.
J.E.Arcybiskup Metropolita Gdański Tadeusz Gocłowski


PISALI O FESTIWALU:

-> Monika Cichocka - sopran - 2003-07-19
-> Kontratenorzy w Helu - K.Walkowska - artykuł ze strony: Trubadur 3(28)/2003
-> Muzyczny Hel Dariusza Paradowskiego - K.K.Gardzina - "Ruch Muzyczny" nr 19 (21-09-2003)
-> Dary losu - wywiad z Dariuszem Paradowskim - K.K.Gardzina - "Ruch Muzyczny" nr 20 (X-2004)
-> Festiwal na piątkę - Stefan Münch - artykuł ze strony: "Helska Bliza" nr 13'2005 (201)
-> Xerxes w Helu - Władysław Szarski - artykuł ze strony: "Helska Bliza" nr 14'2005 (202)
-> V Letni Festiwal Muzyki Kameralnej w Helu - Katarzyna K. Gardzina - Ruch Muzyczny numer 19 (18 wrzesnia 2005)
-> WIELKA, LETNIA NIEDZIELA - Władysław Szarski - "Helska Bliza" nr 14'2006 (223)
-> ZACZAROWANY FLET - Władysław Szarski - "Helska Bliza" nr 7'2007 (237)


Monika Cichocka w Helu

Monika Cichocka - sopran http://www.monikacichocka.pl/

2003-07-19, 13:50, Hel:
Wycisz się. Uspokój. Wtedy zaczniesz dostrzegać magię "małych spraw". Przyjdzie do Ciebie rudy kocur - i skory do pieszczot. Dostrzeżesz łobuzerskie miny zachwyconych chwilą psiaków. Wędzona ryba zyska nowy, głębszy smak, sny staną się naprawdę ciekawe. Wypełni Cię moc. Siła życia.
Prowadzę leniwą, nadmorską egzystencję. Szerokim łukiem omijam kafejki internetowe (notatki robię w szesnastokartkowym szkolnym zeszycie w kratkę - cena 60gr.). Śpię na plaży, gapię się na przepływające stateczki, leczę poparzone słońcem członki i wszystkie sprawy wydają mi się niewielkie i bezpieczne. Wczoraj po raz pierwszy od nie wiem jak dawna spokojnie słuchałam zarabiającego na środku ulicy Wiejskiej w Helu na życie gitarzysty. Czas sączył się nieśpiesznie... Bardzo podobał mi się ten moment, "teraz" było piękne i spokojne, a "przyszłe" nie powodowało paraliżu i konfliktu "chciejstwa" z dojmującym poczuciem bezsilności...
Samolot przeleciał. Nisko, blisko, głośno. Żaglowce na horyzoncie. Leniwi, zdystansowani wczasowicze. Och! Tak, to się żyć chce.

2003-07-20, 15:30, Hel:
Z żalem konstatuje, że z okien mojego pokoju w Helu nie widzę ani kawałka morza. Za to codziennie oglądam parę czarnych, mądrych oczu, krzywe uszy i smętny ogon. Za ogrodzeniem sąsiedniego domu w budowie posesji pilnuje czarny pies. Całymi dniami, czy słońce, czy deszcz, przebywa samotnie na dziesięciu metrach kwadratowych, gdzie jego jedyną rozwiewającą nudę czynnością jest oszczekiwanie przechodzących ludzi, których nawet nie może zobaczyć, bo od świata dzieli go półtorametrowej wysokości drewniany parkan. Patrząc z góry na psią nudę, na bezsensowne wędrówki i przetaczanie się z boku na bok, chętnie rozwiewam smutek egzystencji "zwirzoka" wrzucając mu czasem z okna pachnącą skórę z łososia, albo kawałek wędzonej kiełbaski... błyszczące oczy patrzą wtedy do góry, cicho żebrząc o następną chwilę uwagi.
Dziś wreszcie przyjechali "jego ludzie"! Chłopiec skoncentrowany na zabawie z psiakiem, chętnie rzucający plastikową butelkę do przynoszenia. Bezmiar szczęścia! Jednak nie chodzi o żarcie... Czasem zdecydowanie chodzi o miłość.
Dziś śpiewam koncert w helskim kościele. Miłe miejsce, Szef Artystyczny III Letniego Festiwalu Muzyki Kameralnej, Dariusz Paradowski, to utalentowany kontratenor z sukcesami- wie jak traktować swoich gości, by czuli się komfortowo. Dba o nas, jest czarujący i uprzejmy. Lubię przebywać w kojącym towarzystwie Osób O Naprawdę Dobrych Manierach. Cenię sobię tzw. "kulturę osobistą" - której nie wiem czy można się nauczyć.

2003-07-21, 15:15, pociąg Gdynia Gł.- Warszawa:
Wracam z Helu. Życzę sobie więcej takich miłych, świetnie zorganizowanych koncertów w magicznych miejscach. Półwysep Helski to w całości inny świat - szkoda, że morze zjada go codziennie po troszeczkę...
Spotkałam tu po wielu latach Darka Paradowskiego, prawdziwego Rajskiego Ptaka. Urósł w pełnym tego słowa znaczeniu. Ze "złotego młodzieńca" przemienił się w Marsjasza. Przebywanie z Nim było przyjemnością, a zetknięcie z Jego nieznanym mi dotąd drugim obliczem - rzutkiego, skutecznego organizatora - doprawdy niespodzianką z duuuuużym gazem.
Dzięki, Darku, że dałeś mi okazję nieczęstą w moim artystycznym życiu - śpiewałam to co kocham, w niezwykłym miejscu, w którym czułam się bezpiecznie.
No i... taka wspaniała Publiczność! - komu za to dziękować?
Monika Cichocka (salome@asceta.tpi.pl) lipiec 2003


Kontratenorzy w Helu
III Letni Festiwal Muzyki Kameralnej

Katarzyna Walkowska - artykuł ze strony: Trubadur 3(28)/2003
http://www.trubadur.pl/Biul_28/Kontratenorzy.html

W czasie wakacji zamykane są teatry, lecz muzyczne życie nie zamiera – rozkwita w miejscowościach wczasowych i uzdrowiskach, nad morzem i w górach można napotkać afisze reklamujące ciekawe wydarzenia muzyczne w wykonaniu m.in. artystów znanych ze stołecznych teatrów muzycznych. Także i na Wybrzeżu w pierwszym tygodniu sierpnia można było raczyć się nie tylko słońcem, morzem, otaczającą nas przyrodą i zabytkami. Szczególnie interesująca wydawała się zapowiedź III Letniego Festiwalu Muzyki Kameralnej w Helu, o którym informacje doszły do nas już wcześniej w Warszawie od wielbicieli śledzących w Internecie poczynania Dariusza Paradowskiego, dyrektora artystycznego tego Festiwalu.

Dariusza Paradowskiego pierwszy raz miałam okazję usłyszeć na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej w Il Sant’Alessio Stefano Landiego. Siedziałam wtedy, jak zwykle jako jedna z wejściówkowiczów, w wielkim tłoku na schodach. Ale pod koniec spektaklu, mimo niewygody i późnej pory, pomyślałam – czy nie można by tego powtórzyć i obejrzeć raz jeszcze, od początku... Głównym powodem był występ Dariusza Paradowskiego – wyjątkowy głos, wspaniałe wykonanie, pełna wyczucia gra aktorska, osobowość i to coś, co nie pozwala tak po prostu wyjść z teatru, jak po “zwykłym” przedstawieniu. Później był Apollo i Hiacynt, Łaskawość Tytusa... Dotąd żałuję, że nie udało mi się usłyszeć go w Koronacji Poppei, na którą wybrałam się pełna nadziei, ale w ostatniej chwili w partii Nerona zastąpił go Jacek Laszczkowski. Dariusz Paradowski nie pojawia się na scenie WOK już od czterech lat, ale wspomnienie jego występów dotąd żyje wśród publiczności – w czasie Festiwalu Mozartowskiego, po spektaklach, w których występował, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: Kiedy śpiewał Dariusz Paradowski... i wtedy ci, którzy go słyszeli, potakując, patrzą z wyższością na tych, co nie mieli tej okazji i z zazdrością słuchają wspomnień i porównań. Artysta zniknął z naszego warszawskiego horyzontu, dochodziły wieści, że gdzieś uczy, coś organizuje, czasem występuje. I raptem tego lata okazało się, że tydzień wakacji nad morzem zbiega się z terminem organizowanego przez niego III Letniego Festiwalu Muzyki Kameralnej w Helu, trwającego od 13 lipca do 24 sierpnia.

Koncert, na który się wybrałam 7 sierpnia, odbywał się w kameralnych wnętrzach Muzeum Rybołówstwa. Początkowo, według programu, miał wystąpić Marcin Ciszewski, ale w ostatniej chwili został zastąpiony przez dwóch innych kontratenorów: Jakuba Burzyńskiego i Sebastiana Kaniuka. Jakuba Burzyńskiego miałam już okazję usłyszeć kilkakrotnie w WOK, m.in. w Rinaldzie oraz Apollu i Hiacyncie, natomiast Sebastian Kaniuk jest jeszcze studentem wrocławskiej Akademii Muzycznej.

Dariusz Paradowski pełnił rolę konferansjera, bardzo ciekawie wprowadzając słuchaczy w świat kontratenorów i wykonywanych przez nich arii. W repertuarze znalazły się utwory dobrze znane miłośnikom muzyki dawnej, m.in. arie z Pasji wg Św. Mateusza i z 35, kantaty Bacha, Händla aria Cezara Va tacito e nascosto z opery Juliusz Cezar, aria Gotfryda Mio cor, che mi sai dir z Rinalda, aria altowa O thou that tellest good tidings to Zion z Mesjasza, Mozarta aria Farnace z II aktu Mitrydatesa, króla Pontu. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie Vivi tiranno z Rodelindy w porywającym, pełnym wyrazu wykonaniu Jakuba Burzyńskiego oraz aria Zefira z opery Apollo i Hiacynt zaśpiewana w sposób niezwykle staranny i przemyślany przez Sebastiana Kaniuka. Obaj wykonawcy zaprezentowali się bardzo dobrze, z przyjemnością słuchało się ich głosów, ciekawych ozdobników, interpretacji świetnie oddających uczucia targające bohaterami. Na koniec artyści wystąpili razem w duecie Sesta i Kornelii Son nata a lagrimar, son nato a sospirar z Juliusza Cezara. Oba głosy, jasny, czysty Sebastiana Kaniuka i ciemniejszy, silniejszy Jakuba Burzyńskiego wspaniałe współbrzmiały, przeplatając się i łącząc w pianach, pełne smutku i bólu. Ten duet został nagrodzony owacją na stojąco.

Śpiewakom towarzyszyły Witosława Frankowska na klawesynie i Jadwiga Rudka-Stefaniak na wiolonczeli, bardzo dobrze oddając klimat utworów i nie pozwalając słuchaczom odczuć braku orkiestry.

Po koncercie nadarzyła się okazja do krótkiej rozmowy z organizatorem całego przedsięwzięcia, Dariuszem Paradowskim, od którego nasz Klub otrzymał autograf z dedykacją.


Muzyczny Hel Dariusza Paradowskiego
III Letni Festiwal Muzyki Kameralnej

Katarzyna K. Gardzina - "Ruch Muzyczny" nr 19 (21-09-2003)

Coraz więcej miejscowości letniskowych chce przedstawiać turystom nie tylko swoje walory krajobrazowe, lecz także propozycje kulturalne. Świetnym przykładem takiej inicjatywy dopełniającej letni krajobraz miejscowości wypoczynkowej jest Festiwal Muzyki Kameralnej w Helu.

Swojemu rodzinnemu miastu Festiwal ten podarował jego organizator i dyrektor artystyczny, wybitny śpiewak kontratenor, pedagog na Wydziale Wokalno-Aktorskim Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku, Dariusz Paradowski. Warszawscy melomani do dziś z zachwytem wspominają jego kreacje na scenie Warszawskiej Opery Kameralnej, a nagrana wówczas płyta z ariami i duetami z oper Mozarta wciąż znajduje nowych nabywców. Okazuje się, że artysta jest również znakomitym, rzutkim organizatorem, co widać po bogatym programie tegorocznego, trzeciego już Letniego Festiwalu i zestawie zaproszonych do udziału w nim instrumentalistów i wokalistów. Dla przykładu warto wymienić śpiewaczki: Ewę Marciniec, Bożenę Harasimowicz-Haas, Monikę Cichocką, śpiewaków: Leszka Skrlę i Piotra Kusiewicza, flecistę Cezarego Traczewskiego, trębacza Pawła Hulisza. Pomysł zorganizowania festiwalu spotkał się na szczęście - z ciepłym przyjęciem lokalnych władz oraz gościnnością dwóch pięknych obiektów architektonicznych Helu - Muzeum Rybołówstwa Morskiego i kościoła Bożego Ciała oo. franciszkanów.

Koncerty helskiego Festiwalu odbywały się dwa razy w tygodniu, od 13 lipca do 24 sierpnia, w czwartki w Muzeum Rybołówstwa i w niedziele w kościele Bożego Ciała. Podczas koncertów w kościele prezentowano przede wszystkim utwory o charakterze religijnym, bowiem - jak mówi Dariusz Paradowski - jednym z celów Festiwalu jest przypomnienie o prawdach i wartościach wyższych, do których nasze myśli może poprowadzić właśnie muzyka. Stąd w programie pojawiały się wielokrotnie dzieła Bacha, Handla, Torellego, Glucka, Mozarta, ale sięgnięto także po utwory m.in. Debussy'ego i Francka oraz pieśni Edwarda Pałłasza. Na koncerty niedzielne wstęp był wolny, a do muzeum - ze względu na ograniczoną przestrzeń - obowiązywały zaproszenia. Przy czym przyjęło się, że jeśli tylko jakieś miejsca były wolne, to kilkoro chętnych, a na tyle wytrwałych, by czekać do ostatniej chwili, mogło wejść i na te koncerty. Na taki właśnie koncert trafiłam 7 sierpnia i niespodziewanie miałam przyjemność uczestniczyć w prawdziwej uczcie muzycznej.W zastępstwie zapowiadanego w programie kontratenora Marcina Ciszewskiego wystąpili aż dwaj inni kontratenorzy Jakub Burzyński i Sebastian Kaniuk. Koncert prowadził trzeci kontratenor, a zarazem dyrektor festiwalu, Dariusz Paradowski. Celne komentarze do prezentowanych utworów pozwoliły mniej zorientowanej części publiczności nie tylko dowiedzieć się, czym jest głos kontratenorowy, ale także w skrócie zapoznać się z treścią oper Handla i Mozarta, z których pochodziły wykonywane arie. Zapowiedzi Dariusza Paradowskiego miały i tę zaletę, że niepostrzeżenie wprowadzały słuchaczy w klimat wykonywanych dzieł, wyciszały i pozwalały skupić się wyłącznie na odbiorze muzyki. Program wieczoru, skomponowany ze smakiem i doskonale dobrany do możliwości głosowych i ekspresji obu śpiewaków, pozwolił im zaprezentować się z najlepszej strony. Bardziej doświadczony z tej dwójki Jakub Burzyński wykonał recytatyw i arię altową "O thou that tellest good tidings to Zion" z "Mesjasza", arie z "Rinalda" i "Rodelindy" Handla oraz z "Mitrydatesa, króla Pontu" Mozarta. Szczególnie porywająco w jego wykonaniu wypadła efektowna aria Bertarida "Vivi, tiranno!", w której artysta dodał własne, interesujące ozdobniki. Pozostałe arie miałam już okazję słyszeć w jego w wykonaniu na scenie WOK, gdzie kreował partie Farnace (debiut na tegorocznym Festiwalu Mozartowskim) i Godfryda w "Rinaldzie". Od poprzedniego występu artysty w tej ostatniej partii widać olbrzymi postęp, zwłaszcza jeśli chodzi o swobodę w budowaniu płynnej frazy i wykonywaniu tryli.

Starszemu koledze nie ustępował Sebastian Kaniuk, student wrocławskiej Akademii Muzycznej. Młodziutki artysta imponował naturalnością i lekkością śpiewu, obyciem, rzec można, scenicznym, bo w trakcie występu starał się stworzyć głosem i oszczędnym gestem przekonujące postaci bohaterów, w które się wcielał. Najciekawiej wypadł w ekspresyjnej arii Zephirusa z opery Mozarta "Apollo i Hiacynt" oraz w arii z XXXV kantaty Jana Sebastiana Bacha. Warto zapamiętać nazwisko młodego kontratenora, który już teraz prezentuje świetny warsztat, muzykalność i wyczucie, a także bez wątpienia posiada to, co określa się jako osobowość sceniczną. Można się było o tym przekonać podczas brawurowego zwieńczenia koncertu, kiedy Jakub Burzyński i Sebastian Kaniuk wykonali piękny, nastrojowy duet Sesta i Kornelii "Son nata a lagrimar, son nato a sospirar" z Juliusza Cezara Handla. Tu Kaniuk bez trudu wcielił się w postać nieszczęśliwej Kornelii, choć przed chwilą był kuszącym i dwulicowym Zefirem. Artystom pięknie towarzyszyły Jadwiga Rudka-Stefaniak na wiolonczeli i Witosława Frankowska na klawesynie. Trzeba by właściwie powiedzieć: współtworzyły sukces koncertu zastępując całą barokową orkiestrę. Obie panie pracują w gdańskiej AM, gdzie uczą realizacji basso continuo.

Po tak doskonałym koncercie wypada tylko trzymać kciuki za następne Letnie Festiwale Muzyki Kameralnej w Helu, organizatorom życzyć dalszej przychylności patronów i sponsorów. A ja już dziś wpisuję sobie helski Festiwal na listę najciekawszych wakacyjnych spotkań z muzyką klasyczną.


Dary losu
IV Letni Festiwal Muzyki Kameralnej

Katarzyna K. Gardzina - "Ruch Muzyczny" nr 20 (X-2004)

Żeby usłyszeć Dariusza Paradowskiego trzeba było wybrać się aż na Hel, gdzie co roku artysta organizuje Letni Festiwal Muzyki Kameralnej. Podczas finałowego koncertu 8 sierpnia, z towarzyszeniem Orkiestry Kameralnej Gdańskiej Akademii Muzycznej sopranista wykonał Stabat Mater Vivaldiego, fragmenty kantaty Ich habe genug Bacha i Ave verum corpus Mozarta, arię Rinalda Cara sposa z opery Haendla oraz - tradycyjnie zamykające festiwal - Ave Maria Schuberta. W każdym z utworów stworzył kreację najwyższej próby w sposób niezwykle wysublimowany operując bogactwem subtelności dynamicznych, ozdobników i fermat. Właściwie tylko w dwóch momentach, w Stabat Mater i arii artysta pokazał, jak potężnym wolumenem rozporządza. głos Dariusza Paradowskiego zachwyca dziś nie tylko rozległą skalą i nieprawdopodobną sopranową górą, ale również dźwięczną, pełną średnicą i altowymi, a nawet barytonowymi dźwiękami niskimi. Łatwość poruszania się między rejestrami i świetne operowanie oddechem sprawiają, że śpiew sopranisty daje wrażenie czegoś wprost nieziemskiego. Szkoda, że koncert w Helu był jedną z nielicznych okazji obcowania z jego sztuką wokalną, najczęściej bowiem występuje on za granicą.

- Czy chcąc Pana posłuchać znów trzeba będzie jechać do Francji lub Niemiec?
- [Dariusz Paradowski] Moje występy zagraniczne w tym roku to rzeczywiście przede wszystkim Francja. Zostałem zaproszony do udziału w Sezonie Polskim, przywożę więc do Francji innych polskich artystów i muzykę polskich kompozytorów. Właśnie jestem po miesiącu bardzo intensywnych koncertów: zaśpiewałem kilka recitali z bardzo dobrym zespołem Ensemble Baroque Galuppi, wystąpiłem w Paryżu w Sainte-Chapelle, gdzie w obecności ministrów kultury i innych dostojników śpiewałem utwory kompozytorów europejskich. Czułem się naprawdę Europejczykiem, a to bardzo wzruszające przeżycie dało mi potwierdzenie, że moja praca ma sens. Wziąłem także udział w koncercie charytatywnym w jednym z najpiękniejszych teatrów Paryża - Théâtre le Ranelagh, a potem jeszcze w kilku francuskich festiwalach. Wróciłem do Polski na początku lipca, wprost na festiwal na Helu, a teraz znów wyjeżdżam do Francji na Festival de la Vézere organizowany przez siostrę prezydenta Giscard d'Estaing, jestem też zaproszony na festiwal w Owernii i na kolejne recitale na północy Francji. Po premierze Apolla i Hiacynta Mozarta, którą przygotuję z Gdańską Operą Kameralną na wyjazd do Wersalu, ponownie jadę do Francji na recitale z Michaelem Wladkowskim, pianistą pochodzenia polskiego mieszkającym w Paryżu. Jestem pod wielkim urokiem tego artysty i cieszę się, że wyraził chęć współpracy. Tak więc od września do grudnia co najmniej kilka razy w miesiącu będę koncertował we Francji. Uważam to za fantastyczny dar od losu.
- A partie operowe? Na wczorajszym koncercie usłyszeliśmy, że Pana głos zmienił się, dojrzał. Czas na inne role niż mozartowskie, jakie zapamiętali widzowie Warszawskiej Opery Kameralnej.
- [D.P.] Mój głos rzeczywiście spoważniał, nie jest to już głos młodzieńca, ale dojrzałego mężczyzny. Predestynuje mnie teraz do śpiewania rzeczy, w których potrzebna jest raczej technika romantyczna, bo siła mojego głosu, jego timbre bardziej pasuje do takiego właśnie repertuaru. Na pewno nie nadaję się już do partii Aminty w Il re pastore, natomiast Sekstus w Łaskawości Tytusa albo Cecilio w Lucio Silla to postaci, które nadal pasują do mojego głosu.. Zaproponowano mi rolę Oktaviana w Kawalerze srebrnej róży, prowadzę też rozmowy dotyczące udziału w operze Meyerbeera Il crociato in Egitto - jest tam piękna partia Aureliana, ostatnia napisana dla kastrata. Jest jeszcze wiele partii, które śpiewałem, albo mógłbym zaśpiewać, niestety nie w Polsce, bo tego repertuaru u nas zupełnie się nie wystawia. Korzystam więc, jeśli pojawiają się ciekawe propozycje zza granicy, jak wystawienie jednej z oper Niccolo Jomellego na Martynice w przyszłym roku.
- Pozostają inne partii pisane niedyś dla kastratów, choćby w często dziś wystawianych operach Haendla. - [D.P.] Partie bohaterskie w operach Haendla rzeczywiście są teraz dla mnie odpowiednie - otrzymałem właśnie propozycje zaśpiewania Rinalda, Kserksesa i Ariodante. Są też opery Hassego, a Towarzystwo Hassego również zainteresowane jest współpracą ze mną. Warto przypomnieć, że słynny Farinelli był pierwszym wykonawcą wielu jego dzieł. To jedna z bardzo kuszących propozycji, będę chciał z niej skorzystać.
- A w Polsce?
- [D.P.] Był taki moment, że ograniczyłem, z powodów osobistych, koncerty w kraju. Cieszę się, że mimo to polska publiczność nadal o mnie pamięta. Przede mną praca nad spektaklami Gdańskiej Opery Kameralnej, której zostałem dyrektorem. W Gdańsku będę też reżyserował Bastien i Bastienne a w maju przyszłego roku ze studentami Akademii im. Moniuszki przygotuję Kserksesa. Poza tym uczę w dwóch akademiach muzycznych: w Gdańsku i we Wrocławiu. Mam tam swoje klasy, więc zajmuje to mnóstwo czasu, zważywszy, że co tydzień prowadzę zajęcia na obu uczelniach. Bakcyla nauczania połknąłem dość wcześnie i pokochałem to. Prawie dziesięć lat byłem asystentem Piotra Kusiewicza i Alicji Legieć-Matosiuk w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Obserwując tych znakomitych mistrzów mogłem zobaczyć, jak należy uczyć.
- Telewizja Polska we współpracy z ARTE kręci o Panu film dokumentalny. zatytułowany Sopranista.
- [D.P.] Czuję się bardzo wyróżniony, że ktoś pomyślał, aby w ten sposób utrwalić moją pracę. Film ma pokazywać kim jestem, czego dokonałem w życiu, czym się zajmuję. Premiera zapowiadana jest na przyszły rok. Reżyseruje go Grzegorz Siedlecki, a ekipa telewizyjna towarzyszyła mi przez cały rok, asystowali w przygotowaniach do wystawienia Juliusza Cezara, koncertach w Polsce i za granicą, podczas lekcji. Przyjechali też do Helu, więc i ten festiwal został udokumentowany.
- Skąd pomysł Letniego Festiwalu Muzyki Kameralnej w Helu?
- [D.P.] Propozycja wyszła od mieszkańców miasta, którzy słyszeli o moich występach i chcieli posłuchać swojego krajana. Uznałem, że przy okazji mojego koncertu można by zorganizować coś w rodzaju festiwalu, przyciągnąć tutaj młodych, utalentowanych artystów oraz ich mistrzów, przedstawić ich mieszkańcom Helu i przyjeżdżającym na wypoczynek turystom. Po czterech edycjach widzę, jak stał się potrzebny, jaką pełni funkcję dydaktyczną. Tyle się mówi o kryzysie muzyki poważnej, a tymczasem tutaj widać, jak bardzo ludzie jej potrzebują, choć najpierw muszą poznać jej język. Festiwal ma też do spełnienia jeszcze jedną rolę: w kościele Bożego Ciała mamy zabytkowe organy o wyjątkowej barwie zbudowane przez firmę Sauera, wymagają jednak gruntownego remontu. Chcemy się starać o środki unijne, lecz aby je otrzymać, należy wykazać, że organy służą również celom pozaliturgicznym. Planujemy, aby od przyszłego roku festiwal miał już rangę międzynarodową. Zobaczymy, czy to się uda.
- Kogo zaprasza Pan do udziału w festiwalu?
- [D.P.] Występujący tu artyści są to przeważnie moi znajomi, przyjaciele, wychowankowie, koledzy z pracy. Muzycy pierwszy raz przyjeżdżają najczęściej z ciekawości, lecz kiedy już przyjadą - zakochują się w Helu i oświadczają, że koniecznie chcą tu wrócić. Mamy teraz tyle ofert, że musimy czasem odmawiać. Nasz festiwal żyje dzięki zaczarowanej aurze, jaka tutaj panuje. To miejsce, oblane z trzech stron wodą, jest czymś wyjątkowym. Sam, kiedy przyjeżdżam na Hel, odżywam, uspokajam i wyciszam. Przybywający tu artyści, ludzie przecież wrażliwi, odbierają to w podobny sposób.


Festiwal na piątkę
V Letni Festiwal Muzyki Kameralnej

Stefan Münch - "Helska Bliza" nr 13'2005 (201)

Po raz piąty rozpoczął się w Helu Letni Festiwal Muzyki Kameralnej - jedyna na Półwyspie impreza tego rodzaju, która dwa razy w tygodniu przyciąga do kościoła p.w. Bożego Ciała i do Muzeum Rybołówstwa komplety słuchaczy. Adresatami - czyli, mówiąc językiem marketingu, "grupą docelową" festiwalu - są zarówno mieszkańcy Helu, jak i goście, którzy spędzają tu urlopy. W natłoku imprez typowo komercyjnych helski festiwal jest propozycją szczególnie wartościową, o starannie przemyślanym programie. To wspólne dzieło Urzędu Miasta, który traktuje festiwal jako wizytówkę miasta, oraz dyrektora artystycznego imprezy - Dariusza Paradowskiego. Ten charyzmatyczny artysta, fenomen światowej wokalistyki, śpiewak o niebywale wypełnionym kalendarzu występów, od pięciu lat dzieli się z helską publicznością swoim umiłowaniem muzyki i prezentuje to, co w sztuce najpiękniejsze i ponadczasowe. Festiwal Muzyki Kameralnej jest jedną z licznych pasji Dariusza Paradowskiego, którego postać przybliży niebawem film "Sopranista", realizowany przez Grzegorza Siedleckiego dla Programu 2 TVP.

Tegoroczny festiwal rozpoczął się w kościele parafialnym p.w. Bożego Ciała recitalem Aleksandry Kucharskiej-Szefler (sopran) i Jadwigi Zieniewicz (organy). Absolwentka gdańskiej Akademii Muzycznej, uczennica wybitnej polskiej śpiewaczki - Haliny Mickiewiczówny, jest laureatką międzynarodowych konkursów wokalnych im. Ady Sari, Stanisława Moniuszki i Antonina Dvořaka. Jej współpraca z Capellą Gedanensis i Operą Bałtycką zaowocowała szeregiem udanych kreacji scenicznych i oratoryjnych.

Tradycyjnie pierwszym utworem było Ave Maria Gounoda, najpopularniejszy bez wątpienia utwór francuskiego mistrza opery (warto pamiętać, że jest to adaptacja pierwszego preludium z Wohltemperiertes Klavier Jana Sebastiana Bacha). Podczas helskiego festiwalu Ave Maria dedykowana jest zawsze pamięci tych, którzy nie powrócili z morza. Cały program Aleksandry Kucharskiej-Szefler był bardzo trafnym zestawieniem sacrum i profanum. Muzykę kościelną reprezentowały utwory Francesco Durante (osiemnastowiecznego kompozytora z Neapolu), Jana Sebastiana Bacha, a także Haydna, Mozarta i Mendelssohna. W arii "Et exsultavit" z bachowskiego Magnificat oraz w Agnus Dei z Mszy Koronacyjnej Mozarta głos solistki ujawnił wszystkie swoje atuty: młodzieńczą barwę, delikatność i świeżość, wsparte znajomością barokowej retoryki i klasycznej estetyki oratoryjnej.

W "świeckiej" części koncertu usłyszeliśmy trzy pieśni Jana Trepczyka. To jeden z największych poetów kaszubskich, urodzony koło Stryszej Budy w powiecie kartuskim. Należał do grupy Zrzeszińców (autorów wydawanego od 1932 r. pisma "Zrzesz Kaszëbskô", do których należeli m.in. Aleksander Labuda, Stefan Bieszk, Jan Rompski, ks. Franciszek Grucza). W jego dorobku znajdują się utwory muzyczne, literackie oraz słownik polsko-kaszubski. Bardzo znane są jego pieśni, zebrane w cyklach Rodnô Zemia (1974), Moja chëcz (1978) i Lecë choranko (1980). Aleksandra Kucharska-Szefler zaśpiewała trzy pieśni Trepczyka - Śmierć Świętopełka, Gdze moja chëcz i Leszczyna, trafnie różnicując rodzaj ekspresji. Publiczność entuzjastycznie przyjęła te kompozycje, ściśle związane z kulturą duchową tej ziemi - "małej ojczyzny" Trepczyka. Po trzech lirycznych pieśniach Stanisława Moniuszki efektownym ukoronowaniem wieczoru stała się modlitwa Desdemony (Ave Maria) z Otella Giuseppe Verdiego.

W Muzeum Rybołówstwa wystąpiła z recitalem Nina Kuźma -Sapiejewska, polska pianistka mieszkająca od lat w Nowym Jorku. Jej droga artystyczna rozpoczęła się w Gdańsku, gdzie była studentką prof. Lucjana Galona. W ten sposób zetknęła się z wielką tradycją romantycznej pianistyki, ponieważ profesor Galon studiował u Frederica Lamonda, który był z kolei uczniem samego Franciszka Liszta. Dodajmy, że to od Liszta i jego uczniów wywodzi się szkoła wielkiej pianistyki rosyjskiej, a następnie amerykańskiej, znaczona nazwiskami najsłynniejszych wirtuozów XX wieku. Po studiach w Gdańsku Nina Kuźma-Sapiejewska była stypendystką Juilliard School of Music w Nowym Jorku i w ramach studiów podyplomowych oraz kursów mistrzowskiej interpretacji pracowała pod kierunkiem wybitnych pianistów, jak Jakub Lateiner (Juilliard School), Jeannine Dowis (Aspen), Claude Frank (Tanglewood), Sasha Gorodnitzki (Ambler), Leon Fleischer (Baltimore), Eugene Liszt (Nowy Jork). Ci znani w świecie pedagodzy przekazali jej bogatą wiedzę na temat interpretacji muzyki romantycznej, a swoboda techniczna i starannie cyzelowany dźwięk pozwalają artystce dobierać repertuar piękny i trudny zarazem. Helska publiczność miała więc okazję wysłuchać efektownie zestawionych utworów Fryderyka Chopina (Nokturn c-moll op. 48 nr 1, Ballada g-moll op. 23, Walc As-dur op. 42, Scherzo b-moll op. 31, Polonez As-dur op. 53). Marzycielska, tajemnicza atmosfera nokturnu, roztańczony, zmysłowy rytm walca, poetycka atmosfera ballady czy heroiczny wyraz poloneza to różne odmiany romantycznej estetyki, w której Nina Kuźma-Sapiejewska czuje się niezwykle pewnie. Jej bogate doświadczenie artystyczne idzie w parze z młodzieńczym entuzjazmem i zapałem, co pozwala jej wychodzić obronną ręką z technicznych komplikacji prezentowanej muzyki. Interesującymi przerywnikami tego romantycznego programu była Wyspa radosna Debussy'ego - małe arcydzieło impresjonistycznego malarstwa dźwiękowego - oraz niezwykle efektowne, rytmiczne trzy tańce Ernesto Lecuony. Na zakończenie solistka urzekła słuchaczy głęboko przemyślaną, piękną interpretacją Śmierci Izoldy - Lisztowskiej transkrypcji znanego fragmentu dramatu muzycznego Richarda Wagnera Tristan i Izolda, z której wydobyła całe bogactwo muzycznych (a dokładnie wokalnych) znaczeń.

Autor jest dziennikarzem Programu 2 TVP i współpracownikiem prasy muzycznej.

Stefan Münch


Xerxes w Helu
V Letni Festiwal Muzyki Kameralnej

Władysław Szarski - "Helska Bliza" nr 14'2005 (202)

Operę "Xerxes" miałem w pamięci jako dzieło przydługie, na wskroś nudnawe, statyczne i przyciężkie.. Owszem, sporo dobrej muzyki - ale wysiedzieć trudno. Dlatego nie dziwiłem się nawet specjalnie moim znajomym, które choć wcześniej deklarowały, że pójdą obejrzeć nasz helski spektakl, to gdy w drodze do hali sportowej zobaczyłem je za oknem siedzące przy herbatce i zawołałem - to stwierdziły, że może pójdą, ale.. To "ale" było tak wymowne, że z dalszego namawiania zrezygnowałem - a teraz, po obejrzeniu spektaklu żałuję, że nie byłem bardziej przekonywujący.

Na marginesie muszę wspomnieć, że informacja o koncercie była niestety jak zwykle dostępna tylko dla osób spostrzegawczych, z dobrą pamięcią i polskojęzycznych - a szkoda. Nieustannie proponuję, żeby na kilka godzin przed koncertem postawić na Wiejskiej auto oklejone plakatami, nadające z głośnika muzykę, której słuchacze mogą się danego dnia spodziewać i komunikat, - że to już dziś!.

Pierwszy raz byłem w helskiej hali sportowej i oglądałem jej wnętrze z dodatkową ciekawością. Niemal wszystkie miejsca były zajęte, zarówno w rzędach krzeseł, jak i na amfiteatralnych, piętrowych ławkach. Zaskoczyła mnie ogromna skala przygotowań do spektaklu - pełne dekoracje sceniczne, przygotowane miejsca dla sporego zespołu muzyków kameralnych, setki metrów kabli liczne statywy z reflektorami, przenośne stanowisko sterowania oświetleniem, a nawet przyrząd do puszczania "dymów scenicznych" - wzięty początkowo przez jednego z widzów za zarzewie pożaru.

Sam Mistrz - Pan Dariusz Paradowski zaprosił widzów na spektakl i wprowadził w zawiłą i zaprawdę "super-barokową" intrygę opery, bez czego trudno byłoby śledzić jej treść - śpiewaną po włosku.

Niemiecki kompozytor Georg Frederich Händel (później piszący się George Fredric Handel) pozostał w Anglii i otrzymał obywatelstwo brytyjskie po wielkim sukcesie opery Rinaldo - 27 lat przed premierą Xerxesa. Operę Xerxes (zwaną też czasami "Zakochany król") wystawiono po raz pierwszy w 1738 w Londynie, gdzie od razu spotkała się z gorącym przyjęciem.

Treść tej trzyaktowej opery - mimo nawiązania w tytule do króla Persji z 4 wieku p.n.e. - Xerxesa -ma bardzo mało wspólnego z prawdą historyczną - jest to na wskroś fikcyjna fabuła barokowej opery komicznej, o miłości i zazdrości. Xerxes zakochany w Romildzie - po rozlicznych intrygach, w których znaczącą rolę grają sługa Arsamenesa - Elwiro i siostra Romildy - Atlanta, znajdzie się nieodwracalnie w objęciach Amastris. Jego brat Arsamenes, mimo wielu przeszkód a nawet próby wygnania go z Persji poślubi w końcu Romildę, a tylko Atlanta pozostanie samotna i niepocieszona....

W czasie angielskiej prapremiery, partię Xerxesa śpiewał mężczyzna - kastrat, a partię jego brata Arsamenesa śpiewała kobieta, tak, że wraz z księżniczkami Romildą, jej siostrą Atlantą i narzeczoną Xerxesa księżniczką Amastris (ukrywającą się na dworze Xerxesa jako mężczyzna) - główne role obsadzone były wyłącznie głosami żeńskimi.

W helskim spektaklu wystąpił zespół Gdańskiej Opery Kameralnej, utworzonej przez Dariusza Paradowskiego:

Śpiewakom towarzyszyła kilkunastoosobowa orkiestra kameralna pod batutą Przemysława Stanisławskiego. Reżyserował Dariusz Paradowski.


Śpiewacy zaimponowali bardzo wysokim poziomem umiejętności wokalnych i doskonałą dykcją, prezentując zespół o bardzo wyrównanym poziomie. Świetnie prowadzona orkiestra wydobyła z muzyki Handla to, co najlepsze dając prawdziwy pokaz, jak się powinno grać tę muzykę i jak znakomicie powinno się towarzyszyć solistom.

Rewelacyjna aria Atlanty kończąca pierwszy akt wywołała istny huragan braw, długo niemilknący po zejściu artystki ze sceny. Atlanta zyskała uznanie widzów nie tylko za rewelacyjny, przejmujący głos, ale także za doskonałą grę aktorską oraz słodycz i zadziorność promieniującą z jej roli. Słuchając dźwięków tej wspaniałej muzyki, miałem wrażenie, że znów nastała wiosna, że to ona nadaje wszystkiemu rytm i nastrój, który niesie radość życia i tak potrzebny optymizm... Ta czarodziejska muzyka pozwalała chwilami całkowicie się zapomnieć, a czasem znów przywodziła na myśl kogoś bliskiego.

Iście anielskiego głosu Arsamenesa chciałoby się słuchać wciąż i wciąż, każda fraza przyprawia o zachwyt i skupienie.

Bas komiczny - Elwiro wywoływał na sali fale radości - jego wspaniały i głęboki głos przechodzący w scenie sprzedaży kwiatów w bardzo wysokie tony falsetu oraz siła komiczna tego aktora poruszały widownię do głębi.

Znakomity duet Romildy i Arsamenesa jest prawdziwym smakołykiem, ich głosy miękko przeplatają się i współgrają ze sobą, to prawdziwa perłą muzyczna.

Doznałem przewrotnej myśli, że szkoda, ze ani Autor, ani Reżyser nie przewidzieli duetu Arsamenesa i Atlanty - wspaniały sopran Atlanty i wysoki, czysty kontratenor Arsamenesa stworzyłyby z pewnością niepowtarzalne dzieło wokalne.

Kończąca drugi akt aria Romildy śledzona była przez publiczność wyjątkowo wnikliwie, gdyż Romilda trzymała w dłoniach żywego gołębia, który zaciekawiony otoczeniem i dźwiękami niecierpliwie rozglądał się dokoła - aż szczęśliwie wypuszczony wzleciał pod sklepienie hali.Jeszcze nie minęły brawa, a już widzowie zobaczyli jak sam Mistrz Paradowski niesie schwytanego gołąbka, żeby go wypuścić na zewnątrz.

Istny Jastrząb-Paradowski! - jak skomentowali z uznaniem widzowie..

Trzeci akt wieńczy happy-end, w którym wspaniałą partie chóralną śpiewa cały zespół, a publiczność długo nie chce się rozstać z tak znakomitymi artystami.

Po spektaklu, w czasie oficjalnych podziękowań składanych Panu Dariuszowi Paradowskiemu i jego wspaniałej Operze Kameralnej można się było jeszcze nacieszyć widokiem i bliskością wspaniałych śpiewaków, dla których nie sposób wyrazić tyle uznania, na ile zasługują.

Dzień później, gdy czekałem na dworcu na znajomych, rozpoznałem z zaskoczeniem, ale i przyjemnością w śpieszących do gdyńskiego pociągu śpiewaczki z tego wspaniałego zespołu i niestety nie wykazałem dość refleksu i odwagi, by zatrzymać je i przekazać swoje uznanie i wdzięczność za tak porywające przeżycie.

Gdybym wiedział wcześniej, gotów byłbym odnieść ICH bagaże na własnych plecach..

Władysław Szarski - Valle


V Letni Festiwal Muzyki Kameralnej w Helu

Katarzyna K. Gardzina - Ruch Muzyczny - numer 19 (18 wrzesnia 2005) .

Odkąd trzy lata temu na Helu natknęłam się na plakat zapowiadający miejscowy Festiwal Muzyki Kameralnej pod kierownictwem artystycznym Dariusza Paradowskiego, staram się co rok choć na chwilę zawitać na koniec Polski, aby zobaczyć co nowego pojawi się w programie tego niezwykłego przedsięwzięcia. Niezwykłego i z racji miejsca, w którym się odbywa, i atmosfery koncertów, i wreszcie ze względu na osobę i zaangażowanie twórcy festiwalu, znakomitego śpiewaka i pedagoga Dariusza Paradowskiego. To on w 2001 roku powołał do życia letnie helskie święto muzyki, to on znalazł na potrzeby koncertów dwa wspaniałe miejsca: Kościół Bożego Ciała, a od 2003 roku także zabytkowe wnętrze helskiego Muzeum Rybołówstwa.

Tym razem trafiłam na cztery imprezy: dwa koncerty i dwa spektakle operowe (!), bowiem szefowi festiwalu, a jednocześnie dyrektorowi działającej jeszcze nieformalnie Gdańskiej Opery Kameralnej udało się zaprezentować na Helu dwa zrealizowane przez siebie w tym roku przedstawienia operowe: Bastien i Bastienne Mozarta oraz Xerxesa Haendla. .

Jednoaktówka Mozarta zabrzmiała w sali Muzeum, na tę okazję bardzo pomysłowo zaaranżowanej. Premiera tej realizacji miała miejsce 20 lutego - jako przedstawienie dyplomowe Gdańskiej Akademii Muzycznej. Także i teraz w głównych partiach oraz małych rólkach niemych, dodanych przez reżysera, wystąpili studenci i absolwenci AM z Gdańska. Świetną postać Bastienne stworzyła Dorota Bronikowska, studentka II roku w klasie Dariusza Paradowskiego. Śpiewaczka ta dysponuje wdzięcznym sopranem, obecnie w sam raz do subretkowych partii mozartowskich, przy tym ma wdzięk i aktorskie zacięcie. Wyrównywały one z nawiązką drobne kłopoty w dole skali i podawaniu tekstu (dykcja!) - tym wyraźniejsze, że cała opera wykonywana była po polsku. Trochę narwanego Bastiena odtwarzał Rafał Grozdew, tegoroczny absolwent w klasie Wiesławy Maliszewskiej. Śpiewał i grał z wielkim temperamentem, nie mógł się jednak zdecydować czy wykonac te partię "operowo", czy też podejść do niej nieco swobodniej. Ostatecznie powstała kreacja bardziej przekonująca aktorsko niż wokalnie. Pięknej barwy, soczystości głosu i wolumenu nie brakowało za to Łukaszowi Golińskiemu, wykonawcy partii Colasa. Mocno, lecz zgodnie z zamiarem reżysera, przerysowaną postać obdarzył własną vis comica i nieprzeciętnymi walorami wokalnymi. Najwięcej zarzutów można mieć do gry małego składu instrumentalnego, który towarzyszył śpiewakom. Brakło zgrania, nie mówiąc już o lekkości niezbędnej do oddania urody dziełka. .

Pomysł inscenizacyjny był zaskakujący, początkowo nawet zbijał z tropu: trójce bohaterów towarzyszy od czasu do czasu para wszędobylskich i bezczelnych służących oraz para kochanków, o których jest mowa w libretcie opery. Bastien wyłania się z objęć apetycznej markizy, Bastienne też ma swego upudrowanego amanta. Także stosunek wuja Colasa do naiwnej dziewczyny zarysowany został co najmniej dwuznacznie. W miarę rozwoju przedstawienia elementy te zaczęły jednak układać się w logiczną i zabawną całość, by ostatecznie wlać ożywczą świeżość w ramy Mozartowskiej komedyjki. .

Recital Olgi Rusiny był prawdziwą ucztą muzyczną. Artystka wybrała na tę okazję popularne utwory Chopina (mazurki i walce - m.in. Es-dur i cis-moll) oraz kompozycje Skriabina i Rachmaninowa. W utworach rosyjskich kompozytorów pianistka zaprezentowała prawdziwe mistrzostwo, wyrazistą interpretację i znakomite uderzenie. W poematach Skriabina potrafiła zachować piękny dźwięk przy dużej dynamice, w preludiach i etiudach Rachmaninowa niebywałą biegłość techniczną i właściwą ekspresję. Rozpoczynające koncert utwory Chopina wydały mi się przy tym przegadane, jakby pianistka bała się zagrać mazurka jak mazurka. .

Recital czeskiej sopranistki Olgi Prochazkovej z towarzyszeniem organisty Frantiska Smida miał urozmaicony program złożony z różnych Ave Maria (Mozarta, Cacciniego, Gounoda, Leoncavalla) oraz pieśni i arii operowych. Nie we wszystkich mocny i dość dźwięczny, ale nie zawsze swobodny głos Prochazkovej potrafił nagiąć się do wymagań kompozytora i stylistyki utworu. Artystka pięknie wypadła w arii z Rusałki Dworaka, Visi d'arte z Toski, wspomnianym Ave Maria Leoncavalla i Casta diva z Normy Belliniego. Podobać mogła się także w La pastorrelli Schuberta i Ave Maria Cacciniego, nieporozumieniem było natomiast wykonane na początek Lascia ch'io pianga z Rinalda. Absolwentka Konserwatorium w Brnie i solistka czeskich scen jest jednak śpiewaczką operową o sporych możliwościach, chętnie posłuchałabym jej na dużej scenie. .

Finałem w wielkim stylu okazało się przedstawienie Kserksesa Haendla zaprezentowane w hali sportowo-widowiskowej. Całkiem przyzwoicie, jeśli nie liczyć nieudanej uwertury, grała orkiestra Gdańskiej Opery Kameralnej pod batutą Przemysława Stanisławskiego, a wśród solistów trudno byłoby znaleźć kogoś niesięgającego wyrównanego, wysokiego poziomu, co nie jest częste nawet w przypadku scen całkiem profesjonalnych. Chwilami można było zapomnieć, że to przedstawienie studenckie, a wykonawcy są studentami II czy III roku studiów! Wszyscy dobrze znaleźli się w przemyślanej i miejscami ciekawie skonstruowanej reżyserii Dariusza Paradowskiego (scenografia-Katarzyna Zawistowska, kostiumy Anna Kłosowska-Gryniewicz, Adrian Gryniewicz). Obserwując młodych wykonawców w kilku śmiałych scenach, zaczęłam się dziwić aktorskiej nieporadności ich starszych kolegów, których oglądam na polskich scenach operowych. Czyżby w Gdańsku szczególniejszą niż gdzie indziej uwagę przykładano do zajęć z gry scenicznej? .

Wokalistów można pochwalić wszystkich bez wyjątku: od występującego w nagłym zastępstwie Kamila Pękały w partii Ariodante, aż po wykonawczynię roli Romildy, znaną mi już z Bastienne Dorotę Bronikowską, choć tu co prawda, przydałby się głos nieco większy i o większych walorach dramatycznych. Joanna Nehring wykonująca partię Amastris z kolei rozporządza głosem trochę za ciężkim, ale i ona zabłysła arią w III akcie. Moją szczególną sympatię i uznanie zyskała czwórka śpiewaków: komiczny Łukasz Goliński jako służący Elwiro (student V roku u Floriana Skulskiego), pełna temperamentu Magdalena Molendowska (Atalanta, III rok studiów u D. Paradowskiego) oraz tenor Karol Kozłowski i kontratenor Karol Bartosiński jako bracia Kserkses i Arsamenes. Obaj śpiewacy (Bartosiński to już absolwent AM, Kozłowski - student V roku) poradzili sobie ze swymi partiami wprost znakomicie. Kserkses to dla tenora rola zdradliwa - z wielką zatem przyjemnością słuchałam dobrze postawionego, przyjemnego w barwie głosu Kozłowskiego. Arsamene przyćmiewał wszystkich tak swobodą prowadzenia frazy, jak i swobodą sceniczną. Biorąc pod uwagę, że do ubiegłego roku Bartosiński śpiewał barytonem, należy mocno trzymać kciuki za rozwój młodego artysty. W ariach świetny, gdy doszlifuje umiejętność podawania recytatywów (trudną do opanowania przez wszystkich młodych wokalistów), może nam sprawić wiele przyjemnych niespodzianek. .

Katarzyna K. Gardzina.


WIELKA, LETNIA NIEDZIELA
VI Letni Festiwal Muzyki Kameralnej

Władysław Szarski - "Helska Bliza" nr 14'2006 (223)

1. Introitus: Requiem aeternam - Wieczny odpoczynek daj im Panie..
W niedzielę zakończył się w Helu VI Koncert Muzyki Kameralnej wspaniałym wystawieniem mszy żałobnej Mozarta znanej powszechnie jako Requiem d-moll KV 626. Koncert poświęcono pamięci naszego zmarłego Ojca Świętego - Jana Pawła II. - "Dzięki ludziom i opatrzności możemy Mu oddać hołd" - jak podsumował Dyrektor Festiwalu - p. Dariusz Paradowski. Gorąca nawa kościoła i masa zasłuchanych ludzi. Oczekiwanie, aż dyrygent skinie batutą i rozlegną się pierwsze porywające tony. Niedzielny koncert stał się niezamierzenie klamrą zamykająca trzydniowe pokazy wojskowe odtwarzające jedne z najkrwawszych wydarzeń minionej wojny. Jakże to niesamowite, przewrotne przedstawienie sensu całego życia, które z pewnością zaaprobowałby nasz wielki Papież, niezrównany filozof i erudyta - oto wojenne dni koronuje msza żałobna. Czyż można znaleźć sensowniejsze podsumowanie dla wojen, ich okrucieństw i bezsensowności? Wiatr rozwiał już dawno zarówno prochy bohaterów i tchórzy, a my, żyjący w spokoju zapominamy, czym jest naprawdę wojna, okrucieństwa, krew i żałoba.

2. Kyrie eleison - Panie zmiłuj się..
Po sekundach zadumy znów nad siedzącymi w kościele ludźmi wzbijają się potężne tony przejmującej muzyki.. To wspaniałe, nieśmiertelne dzieło umierającego geniusza, Mozarta. Ta pieśń o śmierci, o końcu, który nas czeka przeplata się z wielusetletnią historia i z losami żywych. Kyrie narasta od bezosobowej modlitwy ku coraz bardziej osobistemu wołaniu, w którym wydaje nam się, że słyszymy: Panie, musisz zmiłować się nade mną!
Przez ostatnie dni i dziś, w tę wielką helską niedzielę dziesiątki ubranych w mundury zapaleńców przedstawiało - jakże wspaniale, wojenne epizody. Przez ostanie dni zdobywano umocnienia, z nieba spadały desanty, prezentowano musztrę i wyposażenie wojskowe, a dziś w kulminację tych pokazów starano się przypomnieć krwawe przełamanie panowania Hitlera w Europie, straszny i zwycięski desant na plaży "Omaha". Plaża "Omaha" o długości prawie 10 kilometrów była jednym z największych rejonów inwazji. Tutaj też alianci zapłacili wielka daninę krwi w spotkaniu z najtwardszym oporem niemieckim.

3. Dies Irae - W gniewu dzień, w tę pomsty chwilę, świat w popielnym legnie pyle..
I znów wznoszą się nad nami tony tej strasznej i wspanialej muzyki. Grzmią kotły, potężnieje muzyka. Śpiewacy wprowadzają nas w wieczność i czekający każdego koniec, odmalowując bezlitosny obraz grozy Sądu Ostatecznego. Wtedy, ponad 60 lat temu, tysiące młodych ludzi stłoczonych jak szczury na śmierdzących i nieprawdopodobnie zatłoczonych barkach desantowych czekały niekończącymi się dniami, w pełnym, ciężkim rynsztunku na KONIEC tego nieznośnego stanu - choćby miał nawet być końcem każdego z nich. A potem, zamiast niebiańskiej muzyki usłyszeli straszliwe przygotowanie artyleryjskie, które zdawało się nie mieć końca i ryk setek motorów - amfibii, barek desantowych i czołgów, uderzenia fal, szalony ostrzał i nagle, wyczekiwane uderzenia o dno i otwarcie się klap desantowych na świat, na powietrze.. Dziś na rozpalonej plaży w Helu nie było krwi, świetnie grający aktorzy obu stron i niezliczona publiczność bawili się razem w wielkie, barwne widowisko. Pieczołowicie odtwarzane mundury i sprzęt, wystrzały i liczne wybuchy wzbijające fontanny piachu. Dziś na helskiej plaży inscenizacja była wesoła, wokół niezmierzone tłumy skąpo ubranych turystów, grający broniących się i atakujących żołnierzy aktorzy- zapaleńcy, spadochroniarze nagradzani brawami za celne lądowania i wakacyjny, bezstresowy luz. Wtedy, żołnierze już po wielekroć pożegnali się z życiem, ielu już po spowiedzi i sakramentach, niemal wszyscy po rozporządzeniu swym doczesnym dobytkiem i po ostatnim ucałowaniu fotografii bliskich czekali na to, co przyniesie im tamten dzień.

4. Tuba mirum - Trąba strasznym zabrzmi tonem..
Spiżowe dźwięki trąby przenikające groby i wzywające na sąd, przeplatają się we wspaniałym duecie z basem i rozpoczynają tę sekwencję Requiem. Nawet zmarli będą osądzeni, nic nie ujdzie karze - cóż mam na to rzec ja, biedny człowiek?
Dla desantujących się nadszedł w końcu ten wyczekany skok do wody, który dla tak wielu, obciążonych sprzętem okazał się skokiem ostatnim. I ten pozornie zbawczy piasek plaży, do którego chcieli dotrzeć wszyscy, a który dla niezliczonych był tylko gąbką wysysającą ich krew. Po 10 minutach od opuszczenia ramp desantowych atakujące kompanie zostały niemal rozbite i praktycznie pozbawione dowódców. Lądowanie stało się dramatyczną walką o przetrwanie i ocalenie. Ważyły się losy dalszej kontynuacji ataku.

5. Rex tremendae - Królu, w grozie swej bezmierny, zbawisz z łaski lud twój wierny..
Zbawiłeś mnie przez swe cierpienie, Twój trud nie może okazać się daremny.
- Z krzyża pod stropem patrzy na nas umierający Chrystus - tak okrutnie i bezsensownie umęczony, dla zbawienia tych, którzy jakże często wyklinają Go i lekceważą..
Atakujący z determinacją starali się ukryć w piasku, który aż gotował się od niemieckiego ostrzału z wysokiego brzegu, mimo strat pełzli dalej i dalej. Wielkie, wypełnione trotylem rury bangalore przesuwali z narażeniem życia podając je jedni drugim do przodu, pod zasieki, by w końcu, w jednym momencie wybuch poderwał je do nieba.. Dziś aktorzy też taszczyli te rury ze sobą, ale nie było na nich krwi, nie było dramatu - liczne otoczenie nagradzało brawami efektowny upadek zabitego, który miał pewność, ze nie tylko przeżyje, ale ze zostanie za kilka minut pochwalony przez bliskich i obcych za swój trud i aktorskie starania. Wtedy, tamci młodzi, rozpaczliwie chcieli żyć. Mozart, pisał Requiem już ciężko chory, czuł już własny koniec, a był w wieku wielu z tych żołnierzy, 35-letni, krzyczał w rozpaczy za zbyt krótkim życiem. Tak, jak każdy z tych desperatów na plaży "Omaha" - przerażonych nawałą ogniową broniących się młodych chłopców niemieckich i mas takich samych chłopców alianckich, którym okrutny i bezsensowny jak śmiertelna choroba los kazał się wzajemnie mordować a którzy chcieli przeżyć i zwyciężyć.

6. Recordare Jesu - Jezu drogi, nie gub mnie w dzień straszny trwogi..
Plaża nie była końcem udręk, za nią wnosił się potężny najeżony ciężką bronią klif, który żołnierze musieli pokonać - lub zginąć bezowocnie wszyscy. Z 34 tysięcy żołnierzy desantowanych przez cały dzień na plaży Omaha zginęło ok. 2,5 tysiąca - niemal głównie żołnierzy pierwszego rzutu. A takich desantowanych plaż było kilka jednocześnie.

7. Confutatis maledictis - Weź mnie do błogosławionych, błagam z czołem pochylonym..
Requiem niesie przesłanie, że śmierć mimo wszystko, to nie przerażające widmo, ale przyjaciel. Myśli o śmierci nie były Mozartowi obce. W jednym z listów do chorego ojca napisał, że śmierć jest prawdziwym i ostatecznym celem życia człowieka, jego najlepszą przyjaciółką - uspokajającą i pocieszającą. Dzięki wierze w Boga wierzył, że śmierć jest kluczem do wiecznego, prawdziwego szczęścia. Z jego wzniosłego, elegijnego Requiem emanuje poczucie bezpieczeństwa, ufności, jakiegoś niesamowitego spokoju duszy, pewności, że mimo naszej śmierci nastanie nowy dzień.

8. Lacrimosa - O dniu jęku, o dniu szlochu..
Mozart w czasie ostatniej próby z przyjaciółmi śpiewał partię altową. Próbę przerwano, gdy rozpłakał się, śpiewając Lacrimosa dies illa - "O dniu jęku, o dniu szlochu, kiedy z popielnego prochu człowiek winny na sąd stanie..." Mozart prowadził wyścig z czasem, uważając, że pisze mszę dla samego siebie. Tego dnia, odłożył niedokończoną partyturę i jedenaście godzin później, około pierwszej w nocy, zmarł. Zostawił niedokończoną partyturę, notatki, karteczki, projekty. Co decyduje o Boskich wyrokach? Dlaczego odszedł ponadczasowy kompozytor tak pięknie Boga sławiący? Czemu Najwyższy kierował pociski w serca tych bezradnych chłopców, którzy pozostali wtedy w piachu na plażach zdobywanej Europy?

9. Domine Jesu - Panie Jezu Chryste, Królu chwały..
Latem 1791 roku, Mozart otrzymał od tajemniczego posłańca, niepodpisany list - anonimowy zleceniodawca zamówił u kompozytora mszę żałobną. Podejmowanie prób w celu ustalenia nazwiska zamawiającego posłaniec określił jako niemożliwe i bezcelowe. Kiedy to się działo, Mozart, miał zaledwie 35 lat, ale był już bardzo chory - wiedział, że odchodzi. Okazało się, że tajemniczy posłaniec był posłańcem śmierci. Mozart przerywał komponowanie Requiem tworzeniem "Zaczarowanego fletu" - tym bajecznym oderwaniem się od okrucieństw świata, od czekającego końca. Mimo postępującej choroby wrócił do pisania mszy. Czy czuł, że pisze ją dla siebie? Czy wierzył, że pokona los, że będzie żył dalej? Każdy z tych żołnierzy na plaży "Omaha" też żył taką nadzieją - żył nadzieją, choć wiedział, że śmierć unosi się tak blisko.

10. Hostias - wejrzyj łaskawie na nasze ofiary..
Dziś na naszej, helskiej "plaży Omaha" inscenizacja była pogodna i wesoła. Wokół niezmierzone tłumy skąpo odzianych turystów, świetnie grający broniących się i atakujących żołnierzy aktorzy-amatorzy, spadochroniarze nagradzani brawami za celne lądowania - nic z wojny, choć wojnę odtwarzano. Słyszało się opinie starszych widzów, że choć widowisko piękne, to niedobrze bawić się w wojnę - oni to przeżyli i nigdy nie pozbędą się traumatycznych wspomnień.

11. Sanctus - Święty, Święty Pan Bóg zastępów..
Słuchacze coraz bardziej dają się ponieść nastrojowi. Wyczuwa się ten drapieżny ptasi profil kostuchy, która nielubiana, lecz wszechobecna zbliża się do nas z każdą chwilą, z każdą usłyszaną nutą. A muzyka potężnieje i unosi w wieczność.

12. Benedictus - Błogosławiony, kto przychodzi w imieniu Pana..
Porywający, niesamowity kwartet solistów - rozedrgani słuchacze dają się ponieść ponadczasowej muzyce. Każda nuta Mozarta - to dar Bożego natchnienia. Mówicie, że nie wszystko to napisał Mozart - niech będzie. Ale ten, kto to ukończył, jest Mozartem.

13. Agnus Dei - Baranku Boży, daj im wieczne odpoczywanie..
Nasze życie jest jak ten płomyczek mrugający w wiecznej lampce nad ołtarzem. Coraz bliżej jest koniec, zamknięcie wszystkiego. Jak ta klamra od pasa "Gott mit uns", która dla niektórych była nadzieją i przebaczeniem, a dla wielu stała się jedynym nagrobkiem, Bóg czeka na nas u bram.

14. Lux aeterna - Niech im świeci światło wieczności..
Kończy się najwspanialszy utwór sakralny Wolfganga Amadeusza Mozarta, jego ostatnia, niedokończona kompozycja, dzieło wyjątkowe, otoczone legendą, w której dziś trudno już oddzielić wydarzenia autentyczne od mitu. Jeszcze bisy, kończy występować brawurowo śpiewający chór, milkną tony wspaniałej muzyki, w grzmocie oklasków wychodzą soliści z dyrygentem, milkną w końcu i nieustające brawa, znikają czarne stroje artystów..

Za progiem kościoła czeka na nas życie. Jeszcze...


CZARODZIEJSKI FLET
VII Letni Festiwal Muzyki Kameralnej

Władysław Szarski - "Helska Bliza" nr 7'2007 (237)

Ta szalona i niezwykła opera uważana jest za ostatnią napisaną przez Mozarta. Powstanie "Die Zauberflöte", dzieła pełnego masońskiej symboliki zostało zainspirowana przez twórcę libretta, Emanuela Schikanedera, właściciela teatru w Wiedniu, a jednocześnie śpiewaka i aktora, zasiadającego od czterech lat z Mozartem we wspólnej loży masońskiej. W czasie wspólnie prowadzonej pracy nad operą, wskazówki Mozarta spowodowały znaczne rozbudowanie i pogłębienie libretta. Z naiwnej opowiastki ludowej powstało dzieło niezwykłe, które przemawia do ludzi w każdym wieku i do wszystkich warstw społecznych. Jest zarówno bajką dla dzieci, jak i opowieścią o roli najwyższych wartości w życiu dla intelektualistów. W paradoksalnej niezgodzie z zasadami ówczesnego wolnomularstwa, uznającego wyłącznie mężczyzn, "Czarodziejski flet" głosi potęgę miłości, która zwycięży każdą przeszkodę i przetrwa każdą próbę. Pełna posępnego dramatu, ale także wzruszającej miłości i beztroskiego humoru, opera ta dała początek niemieckiej pieśni i operze romantycznej.
"Die Zauberflöte" pisał krytyk muzyczny i muzykolog Alfred Einstein - "jest w stanie na równi oczarować dziecko, jak poruszyć do łez dorosłego, jak zachwycić mędrca. Każdy człowiek i każda epoka znajdzie w nim coś innego; tylko barbarzyńcy nie mają tu nic do powiedzenia".
"Czarodziejski flet" doczekał się niezwykle szerokiego grona miłośników, powszechnie jest uznawany za dzieło genialne - choć libretto krytykowane jest czasem za niedorzeczności. Nawet zawistny i krytyczny kompozytor Ryszard Wagner nie miał dla niego dość słów uznania. Bajkowa i niezwykła różnorodność muzyki tej opery splatają się w budzącej podziw i zachwyt formie artystycznej. Nieustannie przewijają się tu mające swój odrębny charakter, nastrój, instrumentalizację i melodykę wirtuozerskie arie, duety, tercety, kwartety i kwintety, wzniosłe chóry i ludowe piosenki, lecz całość nie tylko nie stwarza wrażenia bezładnego wodewilu, ale prowadzi słuchacza przez cały czas w tym samym, niepowtarzalnym, mozartowskim klimacie.
Prapremiera "Czarodziejskiego Fletu" odbyła się 30 września 1791, w teatrze Schikanedera, który nie dość, że go wyreżyserował, to jeszcze wystąpił w roli Papagena. Opera ta stała się ulubionym przez Mozarta dziełem scenicznym, choć niedługo mógł się nim cieszyć, zmarł bowiem nagle zaledwie dwa miesiące póĽniej, w wieku niespełna 36-lat, w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach. Ten niezwykle płodny, genialny kompozytor wszechczasów, pozostawił wspaniałą i bogatą spuściznę - warto tu wspomnieć, że dziś można odsłuchać każdą z jego kompozycji na stronie http://www.mozart-archiv.de/.
Pełni oczekiwania muzycznej uczty zasiedliśmy w licznym gronie w helskiej sali widowiskowo-sportowej. Uwerturę rozpoczęły niezwykle majestatyczne tony orkiestry Gdańskiej Opery Kameralnej.
Przyglądałem się z podziwem młodym, a tak świetnym muzykom, a potem słodka melodia Mozarta w tak doskonałym wykonaniu wchłonęła mnie już bez reszty.
Recytatywy w śpiewanej w niemieckojęzycznym oryginale operze były w helskim spektaklu wygłaszane po polsku - co ułatwiało zrozumienie treści, choć przestronna sala chwilami tłumiła głosy aktorów.

* * *

W państwie Królowej Nocy, w nieokreślonych "bajecznych" czasach, książę Tamino (tenor) walcząc ze smokiem mdleje z wysiłku. Smoka pokonują trzy wspaniałe damy - prawdziwy koncert śpiewu, aktorstwa i humoru - cieszyłem się, że będą nam towarzyszyły aż do końca opery. Pierwsza aria księcia Tamina zachwyciła mnie szczególnie - oto śpiewak! oto głos! - no, a sam Mozart też tu przyłożył swoje złote palce. Pojawia się Królowa Nocy, prosi Tamina o pomoc w odzyskaniu córki, rewelacyjnie przechodzi od błagań do pochlebstw, słyszymy po raz pierwszy jej olśniewające koloratury.
Ta pierwsza aria Królowej Nocy zawsze podobała mi się bardziej, niż ta następna, z drugiego aktu, niewątpliwie piękna i dramatyczna, i powszechnie wychwalana za iskrzące się koloratury i walkę śpiewaczki ze skalą głosu.
Ptasznik Papageno (baryton) - wspaniale stworzona przez autorów "Czarodziejskiego Fletu" postać, jakże bliska znanemu nam skądinąd Papkinowi, przewija się po scenie niemal przez całą operę. W świetnie zaaranżowanej scenie walki Ptasznika z lubieżnym strażnikiem Monostatosem (tenor) obaj pokazują się z najlepszej strony.
Księżniczka Pamina (sopran), olśniła mnie od momentu pojawienia się na scenie. Jej boski głos, bardziej dĽwięczny niż najbardziej czarodziejskie dzwonki śmiesznego Papagena, porywał i wzruszał widzów do głębi, a jej aktorstwo i świeżość przyciągały wzrok.
Gdy ukazał się kapłan Sarastro (bas), w jego duecie z Paminą spotkały się dwa tak wspaniałe i zgrane głosy, że aż się nie chciało, aby ich śpiew się kiedykolwiek skończył. Nigdy nie słyszałem tego duetu w wykonaniu tak wspaniałej, zgranej pary. To był ICH śpiew, który tylko uzupełnili wspaniale zarówno Monostatos, jak i chór.
W przerwie spektaklu nie mieliśmy dość słów zachwytu dla całego zespołu - i czekaliśmy z niecierpliwością na ciąg dalszy.
W drugim akcie, po majestatycznym "Marszu kapłanów" Sarastro przemówił w swoim wielkim recytatywie. Ale jak przemówił! Nagle niczym okazały się akustyczne problemy sali i jej wielkość. Potężny, przeczysty bas Sarastra, wyposażonego ponadto w perfekcyjną dykcję, przykuł uwagę wszystkich widzów i chwilami trudno było zawyrokować, czy Sarastro piękniej przemawia, czy śpiewa. Oznajmił nadejście ciężkich prób dla księcia Tamina, który tylko tak może stać się godny księżniczki Paminy. Oczywiście, Książę dzielnie sprostał zadaniom dzięki zdecydowaniu i odwadze wspieranej przez dĽwięki zaczarowanego fletu, a Księżniczka Pamina nie dała się namówić do podstępnego zamordowania Sarastra i wytrwała w miłości do Tamina.
Przyszedł czas na najpiękniejszą, moim zdaniem, ozdobę tego przedstawienia- przewspaniały tercet Paminy, Sarastra i Tamina - trzech najwspanialszych głosów tego przedstawienia, głosów, dla których nie mam dość słów uznania.
Rozgrzany akcją Papageno błysnął w swojej pełnej humoru arii, pokazując na ile go stać. Nagrodę za to otrzymał od samego Mozarta - oto na scenie pojawiła się Papagena przebrana za skrzeczącą staruszkę i zaczęła go uwodzić. Szpakami karmiony Ptasznik poznał się jednak w końcu na oszustwie i oczywiście natychmiast zakochał się bez opamiętania.
No i po wielkich i licznych perturbacjach - nastąpił wielki finał. Tamino połączył się z Paminą, nieudolny Papageno dostał w końcu swoją prześliczną i dĽwięczną jak dzwoneczek Papagenę i wszyscy poczuli się szczęśliwi.. Nawet Królowa Nocy, zapominając o urazach, przytuliła się do Sarastra!
Oklaskom nie było końca, dziękowaliśmy i wspaniałym śpiewakom-aktorom, i doskonałej orkiestrze, i jej dyrygentowi - no i, przede wszystkim, schowanemu w cieniu animatorowi całego festiwalu - niezrównanemu Dariuszowi Paradowskiemu. Rozchodzący się ulicami Helu tłum widzów jeszcze długo, entuzjastycznie komentował świetne przedstawienie.

Wystąpili:
Tamino, książę egipski (tenor) - Karol Kozłowski
Pamina, księżniczka, córka Królowej Nocy (sopran) - Joanna Makowska
Królowa Nocy, matka Paminy (sopran koloraturowy) - Dorota Bronikowska
Papageno, ptasznik (baryton) - Jerzy Michno
Papagena (sopran) - Kamila Dunajko
Sarastro, kapłan Izydy i Ozyrysa (bas) - Szymon Kobyliński
Monostatos, Maur (tenor) - Wojciech Dowgiałło
Damy: Magdalena Molendowska, Mira Kazimierczak, Agata Citko
Chłopcy: Katarzyna Rabczuk, Ewelina Kuc, Justyna Dereń

Władysław Szarski
do góry

Ta strona jest częścią witryny Helska Tawerna - http://hela.com.pl